poniedziałek, 29 czerwca 2015

136. "Endgame. Wezwanie" - James Frey



Opis: Książka? Nie, to przyszłość rozrywki!

Projekt "Endgame" to multimedialne doświadczenie, w którym rzeczywistość przeplata się z fikcją.
Trzy powieści, jedna gra dla miliardów graczy.
No i 3 000 000 $ nagrody!
Przyszłość nie została jeszcze określona.
Dopiero "Endgame" ją zweryfikuje.

W Ziemię uderza seria meteorytów. Tylko garstka jest świadoma tego, co to oznacza…

W ich żyłach płynie krew starożytnych cywilizacji.
W ich umysłach odzywa się głośne wezwanie.
W ich rękach znajduje się los świata.

Nie mają nadprzyrodzonych zdolności. Nie potrafią latać, nie posługują się magią.
Od dziecka szkolono ich, by stali się zabójcami idealnymi.

Nadszedł czas.
Usłyszeli wezwanie.
Rozpoczyna się "Endgame"!

Czytaj książkę. Odszukuj wskazówki. Rozwiązuj łamigłówki.
Zwycięzca może być tylko jeden!


 Czy jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał o Endgame? O jednym z najlepszych pomysłów, które w ostatnich latach zaistniały na międzynarodowym rynku czytelniczym? O wciągającej historii młodych ludzi, którzy muszą rozwikłać szereg trudnych zagadek oraz... Zabijać, by zwyciężyć.
W tej Grze Ostatecznej udział biorą także czytelnicy z całego świata, aktywnie w niej uczestnicząc - będąc jednym z Graczy, rozwiązując zagadki i... wygrywając nagrodę główną.

 Przyznaję, że nie lubię zagadek, więc nawet nie próbowałam zabierać się za te zawarte w Endgame, skupiłam się na opowiedzianej mi historii, która okazała się naprawdę zajmująca. Fakt, trochę zalatuje Igrzyskami Śmierci [młodzi ludzie, którzy muszą się wzajemnie pozabijać, by wygrał tylko jeden farciarz], jednak nie jest to wielki problem, bo prócz tych paru kwestii, powieści kompletnie się od siebie różnią. Trzeba przyznać autorom jedno: mieli znakomity pomysł i całkiem porządnie przelali go na papier, że już nie wspomnę o organizacji całej reszty, która towarzyszy materialnej stronie multimedialnego przedsięwzięcia. Już sam zamysł jest godny podziwu, jednak wykonanie... Sami sięgnijcie po powieść i się przekonajcie. A nuż wygracie kupę złota? 

 Endgame to pozycja idealna dla młodego czytelnika, zwłaszcza takiego, który dotąd stronił od czytania: jest niczym papierowy film akcji, w którym znajdziemy dosłownie wszystko - miłość, walkę, krew, śmierć, seks, apokalipsę. Fabuły być może nie można porównywać chociażby z maestrią tej w Sherlocku Holmesie, jednak jest interesująca, chce się dowiadywać, co będzie dalej, jak potoczą się losy poszczególnych bohaterów. Czy dotrwają do kolejnej zagadki, czy zginą po drodze? A może przydarzy im się coś innego, znacznie gorszego niż śmierć? Może ktoś wcale nie chce być Graczem? Uwierzcie, nie będzie czasu na nudę! Akcja pędzi na złamanie karku nawet dosłownie przez cały świat (znajdzie się i miejsce dla Polski!) , zatem nuda Wam nie grozi!

 Warto wspomnieć o mnogości bohaterów; spotkamy się z każdym Graczem z osobna, poznamy go, dowiemy się co nieco o jego przeszłości/życiu sprzed wezwania. Będzie zatem młodziutka matka, niemowa, sadysta, psychopaci... Nie zabraknie też zwyczajnej dziewczyny, która mogłaby chodzić z którymś z nas do klasy. A wszyscy oni ukrywają pod tą fasadą odruchy zabójców. Znajdzie się też zwyczajnie zakochany młodzieniec. Widzicie, że ludu będzie dużo. Jak więc nie pogubić się w tym tłumie? Należy czytać uważnie, to oczywiste, ale każdej postaci przydzielono jakąś cechę charakterystyczną (o niektórych wspomniałam powyżej), zatem nie będzie źle. Ba, ośmielę się powiedzieć, że będzie dobrze: w końcu można wybierać ulubionych bohaterów spośród sporego wachlarza możliwości. Znienawidzonych właściwie też.

 Endgame. Wezwanie to nie jest arcydzieło literatury, bądźmy szczerzy. Na poły ma interesować, na poły prowadzić do rozwiązania zagadek. Sądzę, że spełnia obie te funkcje (zadbano także o wygodę czytelnika, dodając na końcu miejsce na notatki), ponadto jest powieścią interaktywną, czytelnik niejako bierze udział w życiu bohaterów, samemu musząc mierzyć się z zagadkami. Mimo wszelkich niedociągnięć, warto zapoznać się z tą książką, z pewnością stanowi coś niecodziennego na rynku książki!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN!

Moja ocena: 7/10 (bardzo dobra)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

135. "Kłamca. Papież sztuk" - Jakub Ćwiek



Opis: Jubileusz bestsellerowego cyklu!

To już dziesięć lat od kiedy pierwszy tom Kłamcy zagościł na półkach i w sercach czytelników.

Loki – nordycki bóg kłamstwa na usługach aniołów, a także, mimochodem, bohater pięciu książek, komiksu i gry karcianej – nie ma czasu świętować. Oto bowiem przyjdzie mu się zmierzyć z jednym z największych swoich wrogów. W dodatku na własne życzenie, bo wszystko wskazuje na to, że Dezyderiusza Crane’a, samozwańczego boga popkultury, stworzył omyłkowo nie kto inny jak Loki właśnie.

Teraz rozpoczyna się gra z czasem, tym trudniejsza, że z każdą chwilą nowy bóg coraz lepiej poznaje swoje możliwości. Jego główną mocą jest kontrola nad narracją, a nawet… nad całą opowieścią.

Jubileuszowa powieść o Lokim to wariacka jazda bez trzymanki umiejscowiona fabularnie pomiędzy opowiadaniami z drugiego tomu. Pełna gościnnych występów, ciętych bon-motów i będących wyznacznikiem serii popkulturowych nawiązań usatysfakcjonuje wszystkich miłośników Kłamcy.

 Są nazwiska, które same w sobie stanowią markę. Widzisz takie i już wiesz, że tę książkę możesz kupić w ciemno, bo bez względu na tematykę będziesz się dobrze bawić. Dla mnie jednym z takich autorów jest Ćwiek. A już Ćwiek wracający do mojego ukochanego Kłamcy... To coś, co bez wątpienia mnie zadowoli. Po prostu nie mogło być inaczej.

 Papież Sztuk to taka książka, która porywa czytelnika od pierwszej strony, zwłaszcza jeśli miało się do czynienia z Lokim i jego ekipą już wcześniej. Ale... porywa nie tylko cięty język autora, który w zaskakująco umiejętny sposób łączy wulgaryzmy i klasę, lecz także jego fantastyczny pomysł na najnowsze opowiadanie: czytelnik sam może wybrać, jak zakończą się poszczególne zagwozdki fabularne. Brzmi może absurdalnie, ale dostarcza mnóstwa frajdy i śmiechu, można się poczuć prawie jak dziecko, które zaraz otworzy gwiazdkowy prezent. I... Pamiętajcie: tutaj nic nie jest oczywiste, wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. A kto ma na to wpływ? Autor, my sami, czy jego bohaterowie żyjący własnym życiem? Kto wie...

 Bóg miłości i bóg wina dzielnie dotrzymują kroku bogu kłamstwa w pracy dla aniołów. Wychodzi z tego mieszanka, w której każdy bohater pochodzi z innego systemu religijnego, a mimo to dobrze dogadują się między sobą. A że czasem któryś zdenerwuje szefa i dostanie w zęby? Zdarza się... Jak więc widzicie, bohaterowie pozostali tacy jak w poprzednich częściach: zabawni, dowcipni, zaskakujący, perfekcyjnie wykreowani. Realni mimo boskiego pochodzenia. Da się? Da! Dodatkowy punkt dla autora za wykreowanie Crane'a - jego pochodzenie do teraz sprawia, że chce mi się śmiać, a sposób, w który prowadził narrację... Sami się przekonajcie, jednak wiedzcie jedno: tego jeszcze nie było. Jakub Ćwiek wprowadza powiew świeżości do fantastyki.

 Jak to w przypadku tego autora bywa, zwroty akcji zaskakują, zapierając dech w piersi, a jednocześnie czytelnik w którymś momencie zadaje sobie pytanie w stylu; Co on, do diabła ćpa, że wymyśla takie rzeczy?! Po czym tenże czytelnik wybucha opętańczym śmiechem, zmuszając osoby postronne do podobnych rozważań. Nie ma czasu na nudę, nie ma czasu nawet na odłożenie książki. Jest stosunkowo cienka (i zbyt krótka!), więc nie oderwiecie się, póki jej nie skończycie. A kiedy już dobiegnie końca, będziecie i usatysfakcjonowani, i niezadowoleni - spragnieni więcej. Loki po 10 latach powrócił w znakomitej formie, aż chce się kolejną historię o nim. I kolejną. I jeszcze jedną.

Kłamca. Papież sztuk to coś, co musi przeczytać każdy fan dobrej fantastyki:
i ten, który zna Lokiego, i ten, który chce go poznać.
Miłego czytania!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN!


Moja ocena: 9/10 (wybitna)

czwartek, 18 czerwca 2015

134. "Zabrana o zmierzchu" - C.C. Hunter


Opis: Kyle Galen pragnie prawdy aż do bólu. Prawdy o tym, kim naprawdę jest jej rodzina, prawdy o chłopaku, z którym powinna być – i prawdy o znaczeniu jej ogromnych mocy. Ale jest tylko o krok od odkrycia, że pewne sekrety mogą zmienić jej życie na zawsze… i to niekoniecznie na lepsze.

W końcu, gdy ona i Lucas się zbliżają, Kylie odkrywa, że jego paczka zabroniła im być razem. Popełniła błąd wybierając jego zamiast Dereka? A nie tylko ten romans ją niepokoi. Nawiedza ją dotknięty amnezją duch, przynosząc ze sobą przerażające ostrzeżenie: ktoś żyje i ktoś umiera. Kylie rozpoczyna wyścig, aby odkryć tajemnicę i chronić tych, których kocha i w końcu odkrywa prawdę o swoim nadnaturalnym pochodzeniu, które jest zupełnie inne – i bardziej zadziwiające – niż mogłaby sobie kiedykolwiek wyobrazić.

 Mogę śmiało powiedzieć, że zaczęło się jak zwykle, czyli... nie najlepiej. Nawet nie dobrze. Po pierwszych stronach zaczęłam zastanawiać się, czy dotrwam do końca. Postawiłam sobie ambitny cel czytania kolejnych części serii Wodospady Cienia, ale moje postanowienie zostało zachwiane w posadach ze względu na to w jak irytującym stylu autorka postanowiła rozpocząć trzecią już część przygód Kylie Galen. Dlaczego irytującym? Bo dziecinnym. Bo grafomańskim.

 Na szczęście... Im dalej, tym lepiej było. Kto by się spodziewał? Autorka poprawiła się, nie pisała już jak gimnazjalistka, a wkrótce cały kulawy początek odszedł w zapomnienie. Nadszedł czas rozwinięcia, które również pozostawia nieco do życzenia, bo choć ciekawe, to jakby... bezcelowe. Owszem, czytało się przyjemnie, ale nie można było nie zadawać sobie pytania, kiedy w końcu stanie się coś NAPRAWDĘ istotnego dla fabuły i całej historii. Stało się coś takiego? Stało się! Ale jakby nie do końca wtedy, gdy powinno. Bo pisanie książek chyba nie polega na tym, by przez 3/4 powieści lać wodę i na końcu zrobić wielkie BUM! Choć, jak wszyscy wiemy, dobre zakończenie czasami warte jest wielu mąk. Zwłaszcza jeśli te męki przybierają postać całkiem interesującej historyjki.

 Jak już powiedziałam, tym razem autorka zmieniła patent - przez większość powieści serwowała nam mało znaczące, ale w gruncie rzeczy przyjemne opowiadanie, by koniec okazał się naprawdę fantastyczny. Bez bicia i z ręką na sercu przyznaję, że gdybym tylko wtedy miała pod ręką kolejną część, to bez chwili wytchnienia bym po nią sięgnęła, tak bardzo wsiąkłam w klimaty Wodospadów Cienia. Było intrygująco, porywająco i emocjonująco. A także, co tu kryć, wzruszająco. C.C. Hunter w końcu zaczęła dobre pomysły przekuwać w całkiem przyzwoite wykonanie, czego trochę brakowało poprzednimi razami. Powoli, ale do przodu; jeśli będzie się tego trzymać, to kolejne tomy okażą się już całkiem dobre.

 Przy recenzji Przebudzonej o świcie [klik] narzekałam, że bohaterowie są źle wykreowani, że w gruncie rzeczy polubiłam tylko pewnego bohatera. Tym razem - na szczęście - moje odczucia względem stworzonych przez Hunter bohaterów są kompletnie odmienne: da się ich lubić i fantastycznie spędzać z nimi czas, co jednak nie znaczy, że są oni na wysokim poziomie... bo nie są. Nie wiedzieć czemu główna bohaterka, Kylie, która wcześniej miała okrutne parcie na chłopaków i uważała, że bycie dziewicą w wieku 15 czy 16 lat to okrutny wstyd, nagle stała się osobą nad wyraz cnotliwą. Albo mnie umknął powód tejże chwalebnej przemiany, albo (co bardziej prawdopodobne) pisarka zrobiła pstryk i zmieniła jej charakter... W każdym razie nie przeszkadza to jakoś wybitnie podczas czytania i historia toczy się gładko.

Zabrana o zmierzchu to przyzwoita powieść paranormalna dla młodzieży, którą można polecić w ramach umysłowego wytchnienia.
Potrzebujecie chwili zapomnienia i rozrywki?
Wodospady Cienia są idealne!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Feeria!



Moja ocena: 6,5/10

piątek, 5 czerwca 2015

KONKURS z "Przebudzoną o świcie"!

Dzień dobry!
Wakacje nadchodzą wielkimi krokami.
 A wszyscy kochamy wakacje, prawda?
 No jasne! Można wtedy czytać. Dużo czytać. Ciągle czytać...
Żeby nie zabrakło Wam książek do czytania, dorzucam coś od siebie.
Odpowiedzcie na proste pytanie i radujcie się podwójnie rozpoczęciem tego słodkiego czasu nicnierobienia ♥


Regulamin konkursu
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Druga Nibylandia.
2. Fundatorem nagrody głównej jest Wydawnictwo Feeria.
3. Konkurs trwa od 05.06.2015r. do 30.06.2015r. Edit: do 10.07.2015r.
4. Wyniki zostaną ogłoszone do 7 dni od daty zakończenia konkursu.
5. Nagrody nie będą wysyłane za granicę; osoba biorąca udział w konkursie musi posiadać adres korespondencyjny znajdujący się na terenie Polski.
6. Nagrodami w konkursie są: egzemplarz książki Przebudzona o świcie oraz dwie niespodzianki od organizatorki.
7. Zostaną wybrani trzej zwycięzcy: jeden otrzyma nagrodę główną, dwaj niespodziankę.
8. Osoby anonime także mogą wziąć udział w konkursie.
9. Zastrzegam sobie prawo do edycji/zmiany regulaminu.

Aby wziąć udział w konkursie, należy:
  • zaobserwować bloga/polubić fanpage/udostępnić banner konkursowy (do wyboru)
  • podać swojego maila
  • odpowiedzieć w komentarzu na pytanie konkursowe:
Wyobraź sobie, że masz nieograniczone możliwości spędzenia wakacji.
W jaki sposób oraz z  jakim bohaterem literackim spędzisz tegoroczne wakacje?


Wzór zgłoszenia:
Zaobserwowałam bloga/polubiłam fp/udostępniłam banner
Mail:
Odpowiedź:


PS Byłabym wdzięczna za każde udostępnienie informacji o konkursie, nawet jeśli nie bierzecie w nim udziału :)

sobota, 30 maja 2015

133. "Ciemność płonie" - Jakub Ćwiek


Opis: Dworzec to jedyne bezpieczne miejsce. Ciemność tu nie zagląda. Na razie… Przerażająca podróż po tonących w ciemności Katowicach.

Katowice Główny to miejsce, przez które przewijają się dziennie tysiące ludzi. Większość pojawia się tam na moment, część została na znacznie dłużej. Bezdomni. Wybrani. Niegdyś mieli rodziny, pracę, wiedli mniej lub bardziej szczęśliwe życie. Dziś mają tylko siebie i stare, śmierdzące dworcowe hale. Wybrała ich bowiem Ciemność. Zapłonęła i nigdy już nie zgasła.

Natalia – studentka kulturoznawstwa – w podzięce za pomoc oddaje starszemu mężczyźnie znalezioną w portfelu monetę. Nieświadomie bierze tym samym na siebie cudze przekleństwo. Już wkrótce i dla niej zapłonie Ciemność, zamieniając jej życie w horror. Ratunku może szukać tylko wśród podobnych sobie. Dworzec Katowice czeka…

Jakub Ćwiek przekonująco oddaje specyfikę dworcowego życia, skutecznie odwzorowuje nie tak dawną rzeczywistość, z mistrzowską precyzją dozuje napięcie i umiejętnie prowadzi barw­nych bohaterów przez pogrążone w mroku piekło.

 Ćwiek. Czy są wśród nas osoby, które nie znają nazwiska jednego z najlepszych polskich pisarzy młodego pokolenia? Mam nadzieję, że nie. Ufam, że chociaż kojarzycie ojca Lokiego, Zagubionych Chłopców, Dreszcza i jeszcze paru bękartów.

 Na Ciemność płonie czaiłam się od dawna, ale albo nie składało się, by ją kupić, albo nie mogłam jej dostać. Poratowało mnie Wydawnictwo SQN, które wznowiło druk powieści wydanej wcześniej przez Fabrykę Słów. I... Od razu wielu ludzi przyczepiło się okładki. Że poprzednia lepsza, że to i tamto. Mnie także ta nowa nie zachwyciła, jednak gdy dowiedziałam się, że to archiwalne zdjęcie nieistniejącego już dworca, gdzie w głównej mierze rozgrywa się akcja... Cóż, spojrzałam na nią inaczej. Polubiłam ją. A po zapoznaniu się z lekturą, patrzę na nią całkiem inaczej.

 Ta pozycja przypadła mi do serca już od pierwszych stron z prostego powodu: śląski. Ćwiek nie bał się wtrącać co jakiś czas gwary; nie tylko pojedynczych wyrazów, ale i całych zdań. Ba, uczynił z niej charakterystyczną cechę jednego z bohaterów. Znakomicie oddało to klimat dzisiejszego Śląska, podzielonego na tych, którzy wciąż potrafią posługiwać się mową przodków i tych, którzy z takich czy innych względów od niej stronią. Dla mnie, Ślązaczki, była to ogromna zaleta, jednak jestem świadoma, że czytelników niemających styku z naszą gwarą może to drażnić. Choć z pewnością wiele osób potraktuje to jako lingwistyczną gratkę, smaczek dodający książce autentyczności.

 Mamy do czynienia z wieloma różnorodnymi postaciami. I, o dziwo, żadne się ze sobą nie mieszają, ich ilość nie przytłacza. Każda jest inna, ma swoją historię. Jedne lubimy, drugie nie. Z pewnością wszystkie intrygują, chce się dowiadywać, w jaki sposób trafiły na dworzec. Nie będę zagłębiać się w ich tematykę, żeby Wam zostawić przyjemność z odkrywania skaz oraz zalet kolejnych bohaterów. Co do jednego jestem pewna: będziecie zaskoczeni. 

Historia bazuje na jednym z najbardziej atawistycznych lęków człowieka: na lęku przed ciemnością. Oczywiście, autor ujął to świetną, przemyślaną, intrygującą i porywającą otoczką dworcowego życia, jednak sedno pozostaje jedno: ciemność. Nikt nie wie, co się w niej czai, pozostaje niezgłębiona. I tylko nasze strachy wieczorną porą nagle ożywają... Moje - pod wpływem sugestywnych opisów Jakuba Ćwieka - ożyły na tyle, że zwyczajnie byłam przerażona, gdy miałam sięgać po Ciemność... po zmroku. A i w dzień zwyczajnie cierpła mi skóra, gdy zgłębiałam tajemnice katowickich meneli. Nie, dworzec, bezdomni, monety - to już nigdy nie będzie takie samo. Zwłaszcza te ostatnie będę dokładnie oglądać, zanim komukolwiek którąś dam.

 Nie czarujmy się, widać, że to jeszcze nie ten Ćwiek, którego znamy dzisiaj, jednak jest znakomicie. I przerażająco, zwłaszcza dla co bardziej strachliwych (jak ja) i lękających się ciemności (jak ja). Mimo to spędziłam z tą pozycją wiele porywających godzin, kiedy to nasuwało mi się pytanie: A co jeśli Ciemność istnieje, tylko ja jej nie widzę, bo wciąż mam swoją monetę? Irracjonalne? Zabawne? Na pewno. Ale doskonale oddaje sugestywność i realizm opowiedzianej przez Ćwieka historii. Historii, z którą koniecznie powinniście się zapoznać. A kiedy następnym razem będę w Katowicach, koniecznie pójdę sprawdzić, czy pociąg widmo wciąż istnieje. Jaki pociąg widmo? Tego nie mogę zdradzić bez spoilerowania. Tego musicie się dowiedzieć sami.

 Nowe wydanie posiada także taki dodatek jak Opowieści dworcowe, czyli historie z czasów, gdy autor sam postanowił zostać kloszardem i żyć na dworcu. Dają do myślenia, odkrywają przed nami, ludźmi niewyrzuconymi poza margines społeczeństwa, tajemnice katowickich bezdomnych oraz, jak się domyślam, bezdomnych w całym kraju.

ACHTUNG!
Nie czytać po zmroku dla własnego zdrowia psychicznego.
UWAGA!
Nie oddawać monet nieznanego pochodzenia nikomu.*
*grozi dozgonnym mieszkaniem na dworcu

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN!

Moja ocena: 8/10 (rewelacyjna)

piątek, 8 maja 2015

132. "Dying Light. Aleja koszmarów" - Raymond Benson


Opis: Świat w obliczu światowej pandemii...

Na kilka tygodni przed Światowymi Igrzyskami Atletycznymi w Harranie pojawiają się dziwne przypadki zachorowań. Nagle znikają sąsiedzi, spokojny dotąd ojciec morduje brutalnie rodzinę, żebrak zaczyna się zachowywać jak wściekły pies... Zewsząd dochodzą nieludzkie wrzaski
i widać wszechobecne ślady ugryzień. A wszystko to w przededniu międzynarodowej imprezy sportowej...

W sobotę, w dzień apogeum Tragedii Światowych Igrzysk Atletycznych, Harran ogarnęły nieprzeniknione ciemności...

Mel Wyatt przyjechała z rodziną do miasta na Światowe Igrzyska Lekkoatletyczne niemal miesiąc wcześniej. Nigdy dotąd nie opuściła Stanów Zjednoczonych. Wycieczka do państwa-miasta Harranu była niczym spełnienie egzotycznego snu. Nie spodziewała się, jak szybko stanie się on koszmarem...

Oboje rodzice już nie żyli, a o losie brata Paula nie miała najbledszego pojęcia. Czy nadal żył
 i przede wszystkim, czy uległ przemianie? Czy jej samej uda się zachować człowieczeństwo jeszcze przez choćby jeden dzień? Czy istniał dla niej ratunek w postaci antidotum, czy powinna sobie palnąć w łeb tu i teraz? Nie chciała zostać rozszarpana i pożarta żywcem, ale nie chciała również stać się bestią. Nie mając nic do stracenia, Mel postanawia wyruszyć do miasta w poszukiwaniu leku. Po drodze musi jednak pokonać Koszmarną Aleję, teren opanowany przez żądne krwi hordy Zarażonych...


 Nigdy nie darzyłam zombie cieplejszymi uczuciami, jednak po przełamaniu się i przeczytaniu paru książek, w których były głównymi bohaterami, zainteresowało mnie Dying light. Byłam ciekawa, w jaki sposób tym razem przedstawiono żywe trupy. Coś w stylu wielkiego: jakpoconacoidlaczego.

 Już pierwsze strony miło mnie zaskoczyły - prolog o doktorze Abbasie został napisany naprawdę porządnie, intrygował, sprawiał, że czytelnik chciał więcej. Ukradkiem odetchnęłam z ulgą, zapowiadało się na kawał dobrej historii, nie jakąś tam sieczkę skleconą z gry. Później też było ciekawie i dobrze, w końcu poznawałam zupełnie obcy mi świat, zafascynowana próbowałam zrozumieć rządzące nim zasady. W dodatku podróżowałam przez ten koszmar z dziewczyną niemal w moim wieku, powinno więc być idealnie, czyż nie?

 Tak, powinno, ale nie było. Im dalej zagłębiałam się w tekst, im dłużej przebywałam w towarzystwie Mel, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że autor (p)oszalał. Generalnie cała jej, pożal się boże, osobowość sprowadzała się do tego, że jest sportsmenką. A skoro jest sportsmenką uprawiającą parkour, to może wszystko! Naprawdę, nie przesadzam. Nie tylko była blondwłosą pięknością, ale też potrafiła spaść z któregoś piętra i tylko się potłuc, zawsze dawała radę wszystkim przeciwnościom. Chodzić sobie między zombie i przeżyć? Pestka! Uniknąć snajpera? Też! Opierać się przemianie dłużej niż ktokolwiek inny? No ba! I tylko samobójstwo jej nie wychodziło. A szkoda, bo w pewnym momencie byłam bliska modlitw o to, żeby w końcu się zabiła, książka skończyła, a ja miałam święty spokój.

 Sama fabuła jakimś majstersztykiem nie była. Ot, lecimy, lecimy, ile się da, zabijamy truposzy (tu już tylko tyle, ile trzeba), robimy ekstra triki, czasem sobie rzygamy i widzimy na żółto, mówimy, jak zobojętnieliśmy na tony trupów dookoła, zdobywamy antidotum, ratujemy brata, żyjemy długo i szczęśliwie. Proste? Proste. Więc i wykonanie nie oszałamia. Zupełnie też nie pojmuję, jak można opisywać sterty rozkładających się ciał w taki sposób, że robiło to na mnie wrażenie tylko wtedy, gdy naprawdę się wysiliłam z wyobrażaniem ich sobie. A warto zaznaczyć, że zombie od dawna były czymś, czego się bałam. 

 No ale narzekam, narzekam, a nie najgorsza przecież ocena skądś się musiała wziąć, prawda? Plusy były takie, że czytało się szybko i z zainteresowaniem, oczywiście dopóty, dopóki nie zorientowałam się, że wszystko bohaterce wychodzi... Ponadto autor posługiwał się współczesnym, potocznym językiem, dzięki czemu nie było żadnych zgrzytów podczas zagłębiania się w lekturę, choć... Wtrącane w najmniej odpowiednich momentach słowo porąbane, było... porąbane. Jednak pod koniec zrobiło się intrygująco i emocjonująco. Wtedy nic nie było pewne, było tak, jak być powinno przez całą książkę. A samo zakończenie... Tak, to zdecydowanie jest coś, dla czego warto przebrnąć przez Harran z Mel. Mocne. Dobitne. Zaskakujące. Godne uwagi.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

Moja ocena: 6/10 (dobra)

sobota, 2 maja 2015

131. "Futu.re" - Dmitry Glukhovsky


Opis: Pokonaliśmy śmierć. I co dalej?

Odkrycia naukowe poprzedniego pokolenia zapewniły mojemu nieśmiertelność i wieczną młodość.

Ziemię zaludniają piękne, tryskające zdrowiem i nieznające śmierci istoty.

Lecz każda utopia ma swoje cienie.

Tak… Ktoś musi to robić – czuwać, by ów nowy wspaniały świat nie runął pod ciężarem przeludnienia, dbać, by jego kruchej równowagi nie zniszczyły zwierzęce instynkty człowieka. Ktoś musi troszczyć się o to, by ludzie żyli tak, jak przystoi nieśmiertelnym.

Tym kimś jestem ja.

 Glukhovsky. Podejrzewam, że wszyscy tutaj obecni albo przynajmniej większość z nas zna to nazwisko. Nazwisko rosyjskiego chłopaka, który stworzył bestsellerowe uniwersum. Świat ogarnęła gorączka, której przyczyną było kultowe Metro 2033. Teraz ten chłopak jest mężczyzną, a wyrazem jego dojrzałości stało się Futu.re, czyli książka, którą jedni pokochają, inni znienawidzą. Twór drastycznie odstający od uwielbianej przeze mnie historii Artema.

 Futu.re brałam do ręki z myślą, że będzie fajnie. Oczekiwałam godzin doskonałej zabawy w niebanalnie wykreowanym świecie, z wieloma silnymi emocjami po drodze. Nastawiłam się na powrót do wyśmienitego stylu Dmitrija jak na spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem. Spotkanie odbyło się, ale... ludzie się zmieniają. Nic nie było tak, jak być miało. Wstrząs. Szok. To nie ta sama osoba! Jednak czy gorsza? Zdecydowanie nie. Tak uważałam jeszcze na początku, później moja wiara w autora i jego najnowszą powieść stopniała.

 Niełatwo było wciągnąć się w wizję przyszłości Głuchowskiego. Owszem, odpowiadała moim wyobrażeniem o tym, co będzie kiedyś-tam, lecz nie zmienia to faktu, że czytanie przypominało porysowany samochód - ogólnie ładny, ale uszkodzony. Nie czarujmy się: książka ta została napisana nierówno - raz czytałam z zapartym tchem, innym razem przeżywałam taki kryzys, że byłam pewna, iż jej nie dokończę. A to ponad 600 stron! Ostatecznie przeważyły zalety, więcej było pędzenia przez wir akcji z bohaterami niż chęci rzucania knigą o ścianę.

 A bohaterowie? Jacy są? Dobrze wykreowani, posiadają złożoną psychikę niczym prawdziwy człowiek. Można ich lubić bądź nienawidzić. Współczuć im i wołać: Stary, zgłupiałeś?! Przy czym nie ukrywam, że podczas mojej podróży z Janem przeszłam chyba przez wszystkie te etapy. Przyznaję również, że najczęściej chciałam pacnąć się w czoło, bo Janek robił wszystko nie tak, jak trzeba. Ponieważ ja zrobiłabym to inaczej, całkiem na odwrót. Było to dosyć zabawne doświadczenie, bo choć czasami irytujące, to w ostatecznym rozrachunku mocno odświeżające, Nietuzinkowe.

 Już od początku rzuca się w oczy, że autor dokładnie przemyślał, w jakim świecie przyjdzie żyć jego postaciom. Stworzył prawa rządzące przyszłą teraźniejszością, kulturę, mentalność społeczeństw na całym świecie, międzynarodowe niesnaski, a nawet historię tamtych ludzi. Wykreował raj będący piekłem. Raj, gdzie wiecznie młodzi i piękni ludzie otwierają domy publiczne w kościołach, bo Bóg stracił datę ważności. Śmierć jest tematem tabu, starość wstydem, rodzina to przeżytek, marzenie o dzieciach to coś nieprzyzwoitego. 

Piszę tę recenzję po upływie kilku tygodni od przeczytania książki, a wciąż mam temat do przemyśleń i rozmów. Jedna z takich dyskusji uświadomiła mi, że przyszłość Głuchowskiego już się wydarzyła, tylko na nieco mniejszą skalę. Czyż nie jest tak, że w mediach na piedestale stawia się młodość, skrzętnie pomijając temat starości? Że wiara odchodzi do lamusa, na dzieci decyduje się coraz mniej osób, zboczenia seksualne stają się modne, model rodziny ulega wypaczeniu? Tak, Futu.re jest hiperbolizacją XXI wieku. (Z tego miejsca pragnę podziękować Tobie, Piotrze, za tamtą rozmowę, która pozwoliła mi spojrzeć na tę powieść z innej perspektywy.) Przestała być dla mnie dobrą opowiastką, która pozostawała w zgodzie z pewnymi moimi poglądami, a stała się jak najbardziej rzeczywistą historią bezpardonowo wdzierającą się w pamięć i brutalnie dającą do myślenia. Mam nadzieję, że po lekturze tej książki również będziecie mogli podzielić się z kimś swoimi refleksjami i dostrzec w niej jeszcze to, co Wam umknęło.

Plus ciekawostka: Tytuł książki jest linkiem do strony, gdzie znajdziecie pewną... niespodziankę związaną z tą pozycją =)
(Piotrek, dzięki za uświadomienie! - zbieżność imienia i nazwy bloga przypadkowa :P)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi papierowypies.pl!


Moja ocena: 9/10 (wybitna)