poniedziałek, 30 marca 2015

127. "Podróż po miłość. Maria" - Dorota Ponińska


Opis: Emilia wiedzie bezpieczne życie u boku tureckiego męża, dopóki napięte stosunki pomiędzy imperium osmańskim a Rosją nie doprowadzą do wybuchu wojny krymskiej. To burzy spokój rodziny. Zakir postanawia bowiem przyłączyć się do walk, a żona podąża za nim, choć oznacza to rozstanie z ukochanym synem.

Jak potoczą się dalsze losy Emilii? Czy jej dorastająca w Rosji córka Maria pozna prawdę o swoich tureckich korzeniach oraz starszego brata? Czy dorosły już Kemal wybaczy matce, że go porzuciła jako dziecko, wybierając swobodne życie poza haremem?

Dorota Ponińska umieszcza swoje bohaterki w wielonarodowościowym środowisku pośród przepięknego krajobrazu Półwyspu Krymskiego, którego uroda stanowi inspirację dla poetów i malarzy. Zabierze czytelnika także do Petersburga, Paryża i Stambułu. Przy okazji przedstawi sylwetkę Iwana Ajwazowskiego, wybitnego malarza marynisty z końca XIX wieku, oraz innych twórców jego pokolenia.

 Żadna to tajemnica, że wielką fanką romansów nie jestem i chętniej sięgam po mocne książki, gdzie balansuje się na krawędzi przyzwoitości czy perwersji. Jednak wątek carskiej Rosji potrafi skłonić mnie nawet do sięgnięcia po powieść o miłości. Po powieść, która podbiła moje serce i która na długo zostanie w mojej pamięci.

 Nie czytałam historii Emilii, czyli pierwszej części serii, jednak odnalezienie się w realiach Marii nie sprawiło mi żadnych problemów. Nie tylko śledzenie aktualnie dziejącej się akcji nie było trudne, ale też dzięki odpowiednio dawkowanym informacjom czytelnik mógł poznać przeszłość bohaterek. Będąc przy przeszłości - początkowo odrobinę dezorientowały mnie nagłe przeskoki czasowe, kiedy to z bieżącej historii Marii zabierano nas w retrospekcje jej matki - wspomnianej już Emilii. Na szczęście szybko można się do tego przyzwyczaić, połapać w czasie i przestrzeni, a wtedy to zaglądanie w przeszłość jest prawdziwym smaczkiem.

 Główną bohaterkę, Marię, poznajemy jako obywatelkę rosyjską, dziecko z niepokorną polską duszą i tureckimi korzeniami. Dzięki tej mieszance kulturowej i narodowościowej czułam, że nie jest to zwykła opowiastka o zakochanych dziewuszkach. Nie! Autorka niczym rasowy historyk oddała klimat ówczesnych czasów, kiedy ludzie kawałki swojej ojczyzny zabierali wszędzie tam, dokąd zawędrowali. Było to piękne, barwne doświadczenie. Zwłaszcza dzięki Marii, która dążyła do poznania własnej tożsamości narodowej, przyjaźniła się z mieszkańcami Krymu, którzy przybyli tam z różnych zakątków świata i gościła w pensjonacie matki ludzi z całego globu. Dorastanie wraz z nią okazało się nad wyraz zajmujące, ponieważ jej niepokora nie zmalała z czasem. Główna bohaterka jest charakterna, inteligentna, mądra i utalentowana, ale nie idealna, za co otrzymuje dużego plusa. Jest... dziewczyną taką jak my. Swojską i naturalną. Popełnia błędy, kocha, nienawidzi, smuci się i raduje.

 Na uwagę zasługują również pozostali bohaterowie: Emilia, która część życia spędziła w tureckim haremie, która porzuciła wygodne życie i synka, by odnaleźć męża na wojnie i być przy nim, która podjęła heroiczną decyzję zmiany całego swojego życia dla córki. Jej towarzyszka i służka okazała się sporym zaskoczeniem. Nie spodziewałabym się, że kryje tak intrygującą historię. Właściwie wszystkie kobiety w tej powieści są niespodziankami. Głębokimi, nie zawsze radosnymi niespodziankami. A mężczyźni? Ci również zasługują na uwagę, jednak nie będę się nad nimi rozwodzić, żeby nie zdradzić Wam czegoś istotnego. Musicie ich poznać osobiście, bo na to zasługują. Są fantastycznie wykreowani, zapewniam.

 Iwan Ajwazowski wypada poza kategorie. To dzięki niemu pokochałam tę książkę, to jego postać poruszyła mnie najbardziej. Zawsze, kiedy pojawiał się temat jego obrazów, czytałam, że jest geniuszem, wybitnie utalentowanym człowiekiem, a morze namalowane przez niego wręcz wylewa się z ram obrazu. Z początku sądziłam, że to zwyczajna hiperbolizacja umiejętności malarza, ale gdy w końcu postanowiłam przekonać się o tym na własne oczy... Zakochałam się. I już zawsze będę wdzięczna pani Ponińskiej, że dzięki jej książce mogłam poznać nie tylko twórczość Ajwazowskiego, ale też jego samego jako zwyczajnego człowieka, który ma problemy, wzloty i upadki. Przez którego ostatecznie miałam łzy w oczach, bo był moją ulubioną postacią w książce, do którego przywiązałam się emocjonalnie. Mam nadzieję, że zarówno jego obrazy jak i historia tego wspaniałego człowieka poruszą Was tak samo jak mnie.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce!

Moja ocena: 9/10 (wybitna)

Chciałabym napisać znacznie więcej, ale cokolwiek napiszę, nie odda klimatu powieści i mojego umiłowania talentu Ajwazowskiego. Po prostu... Sięgnijcie po tę książkę i pozwólcie się jej oczarować. Niech porwie Was morze wylewające się poza ramy obrazów!

PS Ten pierwszy obraz to mój ulubiony ♥
A Wam który spodobał się najbardziej?

piątek, 27 marca 2015

126. "Wektor zagrożenia" - Wiktor Noczkin


Opis: Survarium - duchowy spadkobierca S.T.A.L.K.E.R.a

Świat przyszłości, w którym ziemia powstała przeciwko człowiekowi, aby go zniszczyć.

Na planecie pojawia się przerażająca bio-anomalia – Las pełen zmutowanych roślin i zwierząt. Nieliczni dają radę przeżyć w nowym świecie pełnym agresywnych mutantów i odmienionej przyrody. Ludzie formują bandy, klany i zgrupowania, walczące o resztki pozostałe po upadku cywilizacji.

Włóczęga Aleks wbrew swej woli wplątuje się w poszukiwanie sekretów porzuconych laboratoriów naukowych. Naprzeciw siebie stają oddziały Czarnego Rynku oraz Armii Odrodzenia, chcące posiąść na własność odpowiedź na zagadkę z przeszłości...

Krwiożercza siła Matki Natury kontra natura człowieka

 Wiktor Noczkin! Następca S.T.AL.K.E.R.a! Fabryka Słów! Czy może być bardziej kuszące połączenie? Wprost nie mogłam się oprzeć, musiałam przeczytać tę książkę. Nie, nie musiałam... MUSIAŁAM! - o tak, wielkimi literami i z wykrzyknikiem. Z ledwo trzymaną na wodzy ekscytacją zabierałam się do czytania, licząc na kolejną porywającą lekturę rosyjskiego pisarza.

 Jako że jestem słaba z matematyki, to się przeliczyłam. O ile Ślepa Plama czy Czerep Mutanta wciągnęły mnie od razu i książkę odkładałam tylko wtedy, gdy absolutnie musiałam, to tutaj było przeciwnie: przymuszałam się do czytania. Z uporem godnym lepszej sprawy mówiłam sobie: czytaj, to tylko początek, będzie lepiej! Nie zrozumcie mnie źle - było dobrze, ale nie bardzo dobrze. W porównaniu z poprzednimi książkami autora trochę blado...

 Blado z prostego powodu: troszeczkę nudno. Ktoś może powiedzieć: kobieto, co z tobą? Zmutowany Las, zabijaki i zabijanki, a ty narzekasz?! A tak, narzekam. Bo akcja rozkręcała się w nieco ślimaczym tempie i tak naprawdę sporo stron upłynęło, nim wyklarowało się sedno fabuły. Mimo to było interesująco i sympatycznie, miejscami zabawnie. Jednak bez iskry, która sprawiłaby, że chciałabym pobiec i wystawiać tej książce mega pozytywną opinię oraz ocenę.

 Aleks, główny bohater, okazał się uroczym chłopaczkiem. Biegał po świecie ogarniętym przez wspomniany już Las, z karabinem, w towarzystwie kolegi plotącego bzdury o przebudzeniu mitycznego olbrzyma i zbierał książki. Mało tego, czytał, co mu w ręce wpadło, zapominając o wszystkim. Ktoś określił go mianem pseudointeligenta... I chyba miał rację owy ktoś. No bo nie czarujmy się: nawet największy miłośnik książek nie pogrąży się bez reszty w jakiejś fakturze czy zamówieniu, zwłaszcza kiedy wokół roi się od wrogów i huku wystrzałów. Absurd, co?

 Z kolei Szwed, towarzysz Aleksika... To już inna para kaloszy. Bo o ile Aleksiej jest zwyczajnie uroczy i czasami budził politowanie, to Szwed jest z gatunku prawdziwych mężczyzn, którzy są tajemniczy, świetni w walce, inteligentni... Każdy zna ten książkowy gatunek męskiego ideału literackiego. Wzbudził moje zainteresowanie na tyle, że w końcu bardziej zaczęłam skupiać się na nim niż na głównym bohaterze. I to dzięki niemu - na którego historii opiera się cała fabuła - sięgnęłabym po kolejną część. O trzecim bohaterze, czy też bohaterce nie wspominam nawet... Bo nie warto. Nie przepadam za nią, pasuje do wszystkiego jak kwiatek do kożucha i nie wiem, dlaczego autor wcisnął to dziewczę w środek akcji.

 Ogólnie było ciekawie (jak już akcja nabrała rozpędu i zaczęła wyłaniać się logiczna fabuła). Noczkin wpadł na interesujący pomysł, którego głównym filarem jest brak pamięci Szweda i blizny, które mu pozostawiono.  Czytałam z zapartym tchem, kiedy to i owo poczęło się wyjaśniać, a rzeczona postać na dobre weszła do akcji, jednak... Całokształt nie wzbudził mojego zachwytu, choć przyznaję, że fascynujące jest uniwersum Survarium, mimo iż ze swoim starszym bratem S.T.AL.K.E.R.em niewiele je łączy.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi papierowypies.pl!


Moja ocena: 6/10 (dobra)

sobota, 7 marca 2015

125. "Kroniki Bane'a" - Cassandra Clare


Opis: Najnowsza książka Cassandry Clare ze świata Nocnych Łowców. 
Zbiór opowiadań jak nigdy przedtem przybliża wielbicielom „Darów Anioła” i „Diabelskich Maszyn” postać czarownika Magnusa Bane’a, którego uwodzicielska osobowość, ekstrawagancki styl i cięty dowcip oczarowały fanów bestsellerowych cykli.

 Dary Anioła to jedna z moich ulubionych serii. Nie potrafię oprzeć się czarowi Jace'a czy urokowi Simona, dlatego też po tę pozycję sięgnąć musiałam obowiązkowo. Jakże bym mogła przepuścić możliwość czytania o tak ekstrawertycznej, ba, kontrowersyjnej wręcz postaci jak Magnus Bane? Nie mogłam, zatem z ekscytacją i oczekiwaniem kolejnej świetnej powieści zaczęłam czytać.

 Zaczęłam i... Rozczarowałam się już po pierwszych stronach. To... To kompletnie przeciętne coś miała napisać tak lubiana przeze mnie (i rzesze fanów na całym świecie) Cassandra Clare?! Wolne żarty. Najwyraźniej pisanie z dwiema wymienionymi na okładce paniami autorce nie posłużyło... Nie poddałam się jednak i stwierdziłam, że będę brnąć w te głupoty dalej. Brnęłam bez wielkiego bólu, ale też i bez wielkiej radości. Dlaczego bez bólu? Ano dlatego, że owszem, czytało się szybko i przyjemnie, ponieważ zaserwowano nam niemalże potoczny język. A dlaczego bez wielkiej radości? Bo było nieco... idiotycznie. Zabawnie, ale nazbyt często zbyt absurdalnie, bez klasy właściwej poprzednim książkom Clare.

 Przyznaję jednak, że w miarę zagłębiania się w kolejne opowiadania, było coraz lepiej. Dowcipnie, jednak z pewną dozą melancholii. Akcja wciągała, bo budziła grozę, a nie politowanie. Z biegiem stron książka stylem coraz bardziej przypominała rzeczone już Dary.... a tym samym podróżowanie z Banem przez kolejne wieki stało się prawdziwą przyjemnością. Kiedy widoku nie przysłaniała mi uprzednia infantylność, mogłam docenić, jak wymagającym zadaniem było opisanie historii maga przy jednoczesnym zachowaniu jego beztrosko-ekscentrycznego stylu bycia.

 Autorka serwuje czytelnikom prawdziwe misz-masz czasu, miejsca oraz akcji. I tylko niektóre postacie - równie nieśmiertelne jak główny bohater, co i rusz wypływają z odmętów upływających lat, by o sobie przypomnieć. I choć są ważne, bo trwają niczym skała, kiedy wszystko inne przemija, to ważniejsi są bohaterowie, których żywot jest krótki. Na ich przykładzie Cassandra Clare ukazuje bolączki wiecznej młodości - owszem, przeżywasz mnóstwo przygód, bierzesz udział w historycznych wydarzeniach i na przestrzeni wieków nieskończenie wiele razy możesz być ikoną mody, ale cóż Ci po tym, skoro Twoi bliscy odchodzą? I to prędzej niż później. Raz za razem. Zwariować można, prawda?

 Ostatecznie Clare pokazała klasę, którą zasłużyła na całkiem wysoką notę. Znalazłam w Kronikach Bane'a to, czym urzekły mnie także Dary Anioła - pod płaszczykiem nadprzyrodzonej walki dobra ze złem, magii oraz intryg iście bajkowych postaci ukryła typowo ludzkie problemy, które dotykają każdego z nas. Czyż wszyscy, w głębi duszy, nie pragniemy bliskości drugiego człowieka? Miłości, przyjaźni, zrozumienia? I nawet mając do dyspozycji życie wieczne, pieniądze, a także magię, najważniejsze wartości pozostają takie same.

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi papierowypies.pl!

Moja ocena: 7/10 (bardzo dobra)

sobota, 28 lutego 2015

124. Przedpremierowo: "Klinika Pana B." - Sara Leiss


Opis: POWIADAJĄ, ŻE JEŚLI POSTRADAŁEŚ ZMYSŁY,
TO POWINIENEŚ ICH SZUKAĆ W DOMU WARIATÓW.
Zrządzenie opatrzności kieruje M., młodego, zagubionego we współczesnej rzeczywistości lekarza, do tajemniczej kliniki. Złośliwy, ale zbójecko inteligentny karzeł, Księżycowy Kot i Trzy Cnoty Boskie to tylko niewielka część ekipy, z którą przyjdzie mu się zmierzyć. W tytułowym ośrodku pacjenci i terapeuci często zamieniają się rolami, a odpowiedzialny za cały ten burdel jest... No właśnie, kto?
Czy wrony jedzą kasztany? Jakie prawdy życiowe może zdradzić pająk pomieszkujący w twojej łazience? Czy warto kraść gołębie sąsiadowi i czy to prawda, że Anioł Stróż ma w nosie pierze? Na te i inne, znacznie trudniejsze pytania, będzie musiał znaleźć odpowiedzi główny bohater tej zabawnej książki.
„Klinika Pana B.” to utrzymana w surrealistycznym klimacie, wielowarstwowa i kontrowersyjna powieść, na pograniczu kilku gatunków. W dowcipny i inteligentny sposób podnosi istotne kwestie, odwołując się do ponadczasowych dylematów. Budzi nadzieje i niepokoi.


 Liczyłam na... Rany, właściwie nie jestem do końca pewna. Powieść psychologiczną? Coś z pogranicza fantasy? Chyba tego i tego oczekiwałam od tej książki. I właściwie wszystko to dostałam.

 Pierwsze, co rzuca się w oczy, to intrygujący zapis "imion" bohaterów: inicjały. Byli więc M., K., M.N., a nawet sam P.B. To nie jest tak, że autorka je podała, a potem jej się nie chciało pisać, więc sobie skrótami poleciała. NIE. Pomysł na same inicjały okazały się strzałem w 10 - czytasz i zastanawiasz się: jak on ma na imię? Co to właściwie znaczy? I w pewnej chwili rozumiesz. Wiesz, kim jest M.N. i dlaczego P.B. nie pała do niej płomiennym uczuciem. Chwila, kiedy odkrywa się znaczenie ww. inicjałów jest niczym rozwiązanie zagadki w kryminale. Prywatny, zamierzony przez autorkę, tryumf czytelnika.

 Następnie poznajemy głównego bohatera: M. Młody lekarz stomatolog, ma piękną kobietę, własne mieszkanie i kota. Fatalne zbiegi okoliczności, niefortunny splot wypadków i trafia na salę sądową, a później do tytułowej Kliniki Pana B., gdzie musi leczyć swój nałóg. Nie ukrywam, że autorka porusza trudne tematy, a wspomniane uzależnienie jest z rodzaju tych, przed którymi się w szkole nie ostrzega. Nieustannie słyszymy: nie pal, nie pij, nie ćpaj, prawda? Ale kto mówi o uzależnieniu od masturbacji? Od seksu? Od pornografii? Nikt albo niewielu, a to, jak się okazuje, znaczny problem, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

 No ale to wszystko tak poważnie brzmi, prawda? Klinika, pacjencji, problemy natury psychicznej, życiowe nauki i rozważania... Spokojnie i bez obaw; autorka wszystko podała w przystępny sposób, świetnie pomieszała język potoczny i inteligentne wypowiedzi bohaterów, dzięki czemu naprzemiennie mogliśmy się śmiać oraz zastanawiać nie tylko nad treścią książki, ale też nad swoim własnym życiem. Nieczęsto trafiają się mądre pozycje, przy których jednocześnie można się dobrze bawić, dlatego też bardzo cenię sobie fakt, że Sarze Leiss udało się taką stworzyć.

 Ostatecznie otrzymujemy zabawną, życiową powieść, choć niepozbawioną fantastycznych motywów. Mnogość różnorodnych postaci, intrygująca fabuła, typowo ludzkie problemy... To sprawia, że Klinikę Pana B. każdy może odnieść do własnych, indywidualnych doświadczeń. Uczy, bawi, zmusza do myślenia. Ma w sobie to coś, co sprawia, że jest książką godną uwagi i chce się więcej. Czekam na kolejną część!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Novae Res!


Moja ocena: 8/10 (rewelacyjna)

piątek, 13 lutego 2015

123. "Zac & Mia" - A.J. Betts

Opis: 17-letni Zac jest chory na raka. W zasadzie mieszka w szpitalu i z pełnym rezygnacji optymizmem znosi wszystkie niewygody takiego życia. Coś się zmienia, gdy do pokoju obok wprowadza się Mia – zadziorna, wściekła na cały świat fanka Lady Gagi. Bardzo wiele ich dzieli – w prawdziwym świecie pewnie nigdy by się nie spotkali. Tu jednak obowiązują inne reguły, więc ich relacja, rozpoczęta stuknięciem w ścianę, staje się coraz silniejsza. Pobyt w szpitalu wymaga odwagi, ale żeby z niego wyjść, potrzeba jej jeszcze więcej. Czy Zac i Mia spotkają się poza szpitalem – i już razem pozostaną?
Bardzo emocjonalna, pełna humoru, realna opowieść o relacji dwojga nastolatków w obliczu groźnej choroby.







 Byłam pełna wątpliwości, kiedy sięgałam po tę książkę, nie oczekiwałam wielkich fajerwerków, wręcz przeciwnie. Dlaczego? Opis trochę trąci typową młodzieżówką: jedno z pary zbuntowane, drugie cacy, nieprawdopodobnie cudowny zbieg okoliczności łączy ich wielkim uczuciem, a do tego tysiąc przeciwności losu (im bardziej dramatyczne czy zagrażające życiu bohaterów, tym lepiej!). Brzmi znajomo? Jeszcze jak...

 Zac&Mia to książka, którą pochłania się w błyskawicznym tempie, choć zdarzały się momenty, kiedy tuż za rogiem czekała prawdziwa bomba, a autorka postanowiła w tym momencie pisać o rzeczach tak nieistotnych, że aż chciało się pominąć dany fragment tekstu, by dotrzeć do tego, co naprawdę ważne i emocjonujące. A emocje z kart tej powieści aż się wylewały. Nie może być inaczej, kiedy w jednym pakiecie serwuje się dwoje nastolatków chorych na raka.

 Zac i Mia to bohaterowie zestawieni na podstawie kontrastu: on spokojny, rozważny, pełen sił i woli walki z chorobą, podczas gdy ona walczy z całym światem, niepoprawna buntowniczka, która ucieka na koniec globu i jeszcze dalej przed problemami życia codziennego. W tym momencie mamy do czynienia z przewidywalnością, schematycznością - wielkie uczucie, które rodzi się w bólu i łzach, wewnętrzna przemiana obojga... Cud, miód i orzeszki. Wyrzucić chorobę, a będzie różowo! Jednakże nie są oni postaciami wyidealizowanymi, każde ma wady i zalety, słabości oraz źródła, z których czerpią szczęście. Są... Tacy jak my. Zwyczajni, choć postawieni przed bardzo trudna życiową próbą.

 Mimo pozornego realizmu ta powieść jest nieco oderwana od rzeczywistości. Nie będę szczegółowo rozwodzić się nad tym, dlaczego tak uważam, ponieważ musiałabym zasypać Was spoilerami, jednak pełno w niej sytuacji, które w codziennym życiu nie mają racji bytu. Bo przecież... Kto normalny dopuściłby do tego, by jego dziecko chore na raka uciekło i włóczyło się od znajomego do znajomego? Nikt... Zatem zaserwowano nam pewną dawkę absurdu, jednak jest możliwa do przełknięcia.

 Z kolei fabuła zaskakuje i to jak najbardziej pozytywnie. Nie spodziewałabym się takiej ilości akcji po powieści, w której główną rolę odgrywają śmierć oraz umieranie. Jest zaskakująco... żywotna. Miejscami czułam się jak przy dobrej sensacji, innym razie jak podczas czytania romansu, a czasami
byłam po prostu wzruszona. Ale najpiękniejsze jest to, że autorka niczego w kwestii chorób nie upiękniała. Były wypadające włosy, bezlitosne statystyki, dzieci, dorośli, skutki chemioterapii, jeszcze więcej śmierci do pary z wolą przeżycia. Rak nie jest igraszką, rak to mnóstwo bólu, łez, wyrzeczeń, co A.J. Betts nad wyraz skutecznie prezentuje.

 Ostatecznie, kiedy ochłonęłam po skończeniu tej książki, zrozumiałam prostą rzecz: należy traktować ją jako motywator, który pozwoli nam docenić, to, co mamy i cieszyć się z rzeczy oczywistych: że mamy obie nogi, że możemy biegać, nawet, że możemy chodzić do szkoły i martwić się zadaniami oraz nawałem nauki. Zdarza się, że przypomnę sobie o Mii i uśmiecham się, bo może nie jestem idealna, ale mam sprawne ciało i umysł, co dla wielu już na zawsze pozostanie poza zasięgiem. Zatem w ten piątek 13 pomyślcie o swoim wielkim szczęściu: żyjecie! Czy może być piękniej? :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Feeria!

Moja ocena: 7/10 (bardzo dobra)

piątek, 23 stycznia 2015

122. Przedpremierowo: "Brud'n'opis - Tomasz Kubis


Opis: Tomasz, dręczony nerwicą natręctw nauczyciel języka angielskiego z Kalisza, zostaje wytypowany przez kuratorium do wzięcia udziału w programie edukacyjnym EDEN. Razem z innymi nauczycielami borykającymi się z problemami psychicznymi przyjeżdża na szkolenie do Smoczego Zamku w Pępku nieopodal Kalisza i tam postanawia odkryć, kto stoi za EDEN-em i jakie są jego cele. Prywatne śledztwo prowadzi go do zaskakujących odkryć i podjęcia brzemiennych w skutkach decyzji…
Para płatnych morderców, Cow i Chicken, przyjeżdża do Polski na zlecenie tajemniczej i bogatej firmy Dreamcatcher. Swoją misję mają wykonać pod przebraniem nauczycieli uczących w Gimnazjum Eksperymentalnym EDEN-u w Pępku. Ich misja jednak zmienia się w zaskakujący sposób po odkryciu zagrażającego światu spisku Redguyów i po spotkaniu Tomasza z Cowem…

Nauczyciele w polskim systemie oświaty pełnią tę samą rolę, co dialogi w filmie porno. Czyli drugorzędną. A oni bezwstydnie pchają się do przodu! A nawet do końca!! I to do końca świata! Bezczelni!
Jadwiga Nazgul, specjalista od wszechwiedzenia przy Kuratorium Oświaty w Poznaniu

Okazuje się, że Bóg istnieje! To skandal!!
Biskup Burzum

System oświaty w dobre ręce oddam. System jest posłuszny, załatwia się na dworze, daje głos na życzenie, uciesznie merda ogonkiem i umie ładnie prosić.
Nowy Rząd RP

 Sam opis nie przekonywał mnie, sądziłam, że mam do czynienia z jakimś kryminałem lub thrillerem, a te gatunki, choć je lubię, to najbliższe memu sercu nie są. Przestałam się wahać, czy sięgnąć po tę pozycję dopiero wtedy, gdy napotkałam okładkowe wyznania biskupa, pani Nazgul oraz Nowego Rządu RP. Były tak cyniczne, tak bardzo... w moim stylu!

 Brud'n'opis otwierałam z myślą, że oto czeka mnie kryminał psychologiczny, będzie jakaś grubsza afera, ale... To, co zafundował mi autor, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Otóż dostałam powieść niesamowicie dowcipną (niejednokrotnie w trakcie czytania nie mogłam powstrzymać śmiechu, a co mocniejszymi fragmentami dzieliłam się z przyjaciółką, która po przeczytaniu tych paru zdań doszła do wniosku, że musi poznać całość), przesyconą satyrycznym obrazem naszego kraju, a nawet świata w ogóle, jednak, z pewną przykrością, muszę przyznać, że niejednokrotnie okazywała się aż nadto prawdziwa. No dobrze, praktycznie wszystko, mimo iż przejaskrawione, było odzwierciedleniem aktualnego stanu RP i mentalności Polaków. 

 Spostrzegawczości, a zarazem celności w złośliwym komentowaniu świata nie można panu Kubisowi odmówić. Posiada on dar słowa, maluje przed czytelnikiem w sposób intrygujący chorobę psychiczną, globalny spisek, okrasza to wszystko wspomnianym już ciętym dowcipem, dorzuca motyw fantastyczno-religijny i... otrzymuje genialny przepis na jeszcze genialniejszą książkę, od której nie sposób się oderwać! Nic nie jest biało - czarne, wręcz przeciwnie: wszystko jest pstrokate, kolorowe, mnogość wątków nie pozwala się nudzić i tak naprawdę zostajemy zrobieni w balona. Jak cały świat; nikt nie wiedział, że Bóg jest Polakiem... I innych rzeczy też nie wiedzieliśmy.

 Nie można pominąć grona równie wielobarwnych postaci, z których każda posiada kompletnie odmienny charakter, przeszłość, nawet styl wypowiadania się czy też... orientację seksualną. Dla każdego coś dobrego! Homoseksualni Romeo i Julia kalający husarską dumę, święty będący zabójcą na zlecenie, miły starszy pan, który okazuje się... No, tu musicie sami sobie doczytać! A także pedofil - pedagog (bo to przecież żadna różnica nie jest) oraz młodociani przestępcy, czyli typowe polskie gimnazjum! Jedni inteligencją nie grzeszą, umysły drugich są ostre niczym klinga, co prowadzi do wielu absurdalnych albo niebezpiecznych sytuacji. Ewentualnie absurdalnie niebezpiecznych. Tajemnicę głównego bohatera do pewnego stopnia udało mi się przejrzeć, ale... Tylko troszeczkę, bo autor jest niczym rasowy wariat - nieprzewidywalny! Tak pozytywnie, oczywiście.

 Okrutnie pomyli się ten, kto w książce Tomasza Kubisa ujrzy wyłącznie zabawne fragmenty, pozorną niedbałość i rozrywkę. Jest to dzieło obrazoburcze, balansujące na granicy kontrowersji, które pod płaszczykiem kolokwialnych, a nawet prymitywnych fragmentów skrywa mądre przesłanie, którego tak bardzo brakuje w dzisiejszych powieściach. Nie trzeba się wysilać, by je pojąć, wystarczy czytać ze zrozumieniem i, wybaczcie ten zwrot, nie być idiotą.

Bierzcie i czytajcie, 
bo zaprawdę powiadam Wam:
 WARTO!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Novae Res!

Moja ocena: 10/10

środa, 21 stycznia 2015

121. Przedpremierowo: "Stalowe szczury. Błoto" - Michał Gołkowski


PREMIERA: 23.01.2015 r.

Opis: Wiosna 1922. Samobójcze natarcie na pozycje przeciwnika po raz kolejny prowadzi kapral Reinhardt i jego kompania karna – kundle wojny, dezerterzy, podpalacze i najgorsze szumowiny. Straceńcy gotowi na wszystko.

Wkrocz w okopy Wielkiej Wojny.


- Na pozycje! – warknął Kurt. Linia złamała się, rozsypała, gdy żołnierze zaczęli ustawiać się przy drabinkach. Widać było, że część odsuwa się od nich jak najdalej, podczas gdy inni z pewną desperacją przepychają się jak najbliżej. „Chcą mieć to już za sobą”, pomyślał sobie Reinhardt. Rozumiał ich aż nadto dobrze; być może postępowałby podobnie, gdyby tylko miał gwarancję, że postrzał byłby równoznaczny z szybką i bezbolesną śmiercią.

Jestem pewna, że wielu z Was kojarzy nazwisko autora z okładek pierwszej stalkerskiej serii w Polsce, która ukazała się nakładem Fabryki Słów. Mnie samej jeszcze nie udało się do niej dorwać, ale tyle dobrego o Gołkowskim słyszałam, że kiedy dowiedziałam się, że dostanę jego najnowszą książkę do recenzji (będącą początkiem całkiem nowej, osadzonej w klimacie I WŚ serii), ucieszyłam się z niezmiernie i z entuzjazmem zabrałam do czytania.

 Musicie wiedzieć, że zostało mi coś z dziecięcych lat i mam nawyk oglądania w pierwszej kolejności
obrazków, jeśli takowe w książce się pojawiają. Z początku są oderwane od całości, więc nie mam pojęcia, o co w nich chodzi, widzę tylko, że są świetnie wykonane. W miarę czytania rozumiem ich znaczenie, doceniam znakomite odzwierciedlenie opisywanej sytuacji. Moje serce z miejsca podbiła ilustracja wojennej kostuchy. Nie zdradzę Wam dlaczego, ale w całej swej upiorności budzi we mnie miłe odczucia i skojarzenia.

 Pooglądałam ilustracje, zabrałam się do czytania. Nie powiem, że pierwsze strony czytało się ciężko z winy autora, bo zwyczajnie byłabym niesprawiedliwa. Po prostu Stalowe szczury to powieść, na której naprawdę musiałam się skoncentrować, w tym wypadku nawet cała podzielność mojej uwagi nie miała racji bytu. Dlaczego tak się stało? Z prostej przyczyny: autor od razu ruszył z kopyta, działo się dużo, opisy skrupulatnie oddawały ekspresję sytuacji i należało uważać, żeby się nie zgubić... gdzieś pośród ton tytułowego błota. Na początku właśnie to rzuciło mi się w oczy: błoto. Wszędzie BŁOTO. Niemal czułam jego smak, zapach, słyszałam jego mlaskanie, gdy żołnierze po nim przebiegali, czy musieli się w nim czołgać. Intrygujące doświadczenie, które na długo zostaje w pamięci.

 W miarę zagłębiania się w historię odnosiłam wrażenie, że czytam o czymś, ale w rezultacie o niczym. Ot, autor coś tam sobie wymyślił i pisał o tym, ale nie miało to żadnej fabuły, żadnego celu. Dosyć demotywujące uczucie, jednak nie odpuściłam, bo mimo wszystko było ciekawie, poza tym Fabryka nie zwykła wydawać słabych książek, pozycje ich autorów można kupować praktycznie w ciemno. W końcu sytuacja... Cóż, z pewnością nie wyklarowała się, bo - paradoksalnie - im więcej informacji mi serwowano, tym więcej pytań się rodziło, ale w końcu poczułam, że jednak fabuła ma jakiś sens. A wtedy książkę dosłownie pochłonęłam, błoto mnie wessało i nie chciało wypuścić nawet po skończeniu czytania. Zwroty akcji zdumiewały, przeszłość bohaterów szeptała spomiędzy wersów, autor ostatecznie nieźle zakpił sobie z czytelnika... W pozytywnym sensie, oczywiście.

 Zdarzyły się chwile, kiedy byłam autentycznie przerażona, kiedy nie mogłam powstrzymać śmiechu albo wręcz przeciwnie: wstrzymywałam oddech, modląc się, żeby bohaterowie wyszli cało z opresji. Modlitwy te nie do końca zostały wysłuchane, bo autor zabił moją ulubioną postać (a tu już było blisko do łez w oczach), czego nie potrafię mu wybaczyć. Czytanie przerywałam dopiero w środku nocy, gdy ledwo widziałam na oczy, a to tylko po to, by nie uronić żadnej ważnej chwili. Ledwo dotarłam do ostatniej strony, już chciałam więcej. Teraz pojawia się zasadnicza wada tejże książki: trzeba czekać na kolejną nie wiadomo ile!

Stalowe szczury. Błoto polecam zarówno fanom historii, jak i sympatykom powieści mocnych, w 100% męskich i brutalnych, surowych, bez upiększeń.
Polecam tę książkę każdemu, kto oczekuje czegoś NAPRAWDĘ dobrego!

PS Przy okazji można nauczyć się niemieckich komend wojskowych i przekleństw, jeśli tylko ma się pod ręką słownik i chęci, by go użyć :P

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi papierowypies.pl!


Moja ocena:9/10 (wybitna)