środa, 31 grudnia 2014

117. "I Ty zostaniesz Demostenesem" - Anna Pluta


Opis: Po stłumieniu buntu niemieckich mieszczan w stołecznym Krakowie Władysław Łokietek zarządził ostre represje wobec jego uczestników. Zastosowano przy tym osobliwy test polskości – ścinano głowę każdemu, kto nie potrafił poprawnie wymówić słów: soczewica, koło, miele, młyn. A jeśli w ręce egzekutorów wpadł rodowity Polak, tyle że borykający się z problemami artykulacyjnymi? No cóż, ktoś taki miał prawdziwego pecha…
Dziś na szczęście wady wymowy nie pociągają za sobą tak drastycznych konsekwencji, ale… jak cię słyszą, tak cię piszą. Dlatego prawidłową wymowę i dobrą dykcję warto ćwiczyć w każdym wieku. Ta książka jest skutecznym narzędziem doskonalenia wymowy, równie dobrym jak kamyki, które uczyniły z jąkającego się Demostenesa najwybitniejszego mówcę starożytnej Grecji, lecz o wiele przyjemniejszym. Zabawne wierszyki utrzymane w stylistyce purnonsensu pozwolą ćwiczyć giętkość języka w atmosferze dobrej zabawy. Zawarte w tym zbiorku rymowane łamacze językowe prezentują zróżnicowany poziom trudności, dlatego mogą po nie sięgnąć zarówno dzieci, jak i dorośli.

 I ty zostaniesz Demostenesem musiałam mieć. Uwielbiam łamańce językowe, zatem takiej okazji nie mogłam przepuścić. Książka dotarła do mnie w samą wigilię, mimo to znalazłam chwilę, by zajrzeć do środka. Pozycja jest cieniutka, przeczytanie całej nie zajęło sporo czasu, przy okazji do zabawy wciągnęłam brata, by sprawdzić, jak to z tym poziomem trudności jest naprawdę...

 Wierszyki naprawdę były ciekawe, zabawne, z dowcipną pointą, tylko... Nie sprawiały mi większej trudności, co, nie ukrywam, nieco mnie zawiodło. Z nich wszystkich chyba tylko jeden stanowił dla mnie wyzwanie przy szybszym czytaniu (oczywiście na głos, bo bez tego zabawa nie ma sensu). Mimo to są świetnym sprawdzeniem własnych umiejętności językowych, to akurat muszę przyznać.

 Dałam książeczkę młodszemu bratu (klasa 3. podstawówki) i poprosiłam, aby przeczytał parę tekstów, by sprawdzić ten rzekomo zróżnicowany poziom trudności. No i tu niespodzianka, bo poszło mu znakomicie, zaledwie parę razy zająknął się przy jakimś nieznanym mu jeszcze słowie. A słów rzadko używanych również nie było mało. Z jednymi wierszykami szło mu gładko, z drugimi troszeczkę ciężej, ale żaden nie stanowił przeszkody nie do przebycia. Tak więc jakieś tam różnice w poziomie faktycznie były, jednak nie aż tak duże, by nie pokonał ich dziewięciolatek. Byłoby lepiej, gdyby w jakiś sposób oznaczono owe poziomy, człowiek nie musiałby się zastanawiać, kiedy zacznie się ten trudny...

 Autorka stworzyła świetną książeczkę (mówię książeczkę, bo ma zaledwie 42 strony), ładnie wydaną (twarda oprawa, śliczne ilustracje, dobra jakość papieru - wydawnictwo kolejny raz nie zawiodło pod tym względem), ale jest ona przeznaczona dla osób, które naprawdę mają problemy z wymową. Czy to jakichś głosek, czy też po prostu jąkają się albo cokolwiek innego, co sprawia komuś problemy. Dla dzieci także będzie to świetny podarek. Natomiast dla ludzi, którzy takowych wad nie posiadają, będzie to jedynie sprawdzenie swoich umiejętności w atmosferze dobrej zabawy.

Miła mama

Miła mama oniemiała,
Mierząc minę mima wzrokiem.
Mina mima tak zdumiała,
Że nie miauknie mętnym okiem.
Mimo że ma pudru miarę,
Mina mima mamę mami.
Mama mima ma za marę:
"Nie ma mima między nami".

Moja ocena: 7/10 (bardzo dobra)

sobota, 13 grudnia 2014

116. "Goniąc cienie" - Marta Bilewicz


Opis: Lucas Scarlett prowadzi agencję detektywistyczną w Chicago. W trakcie śledztwa, w jednej z akcji, poznaje tajemniczą Chelsea, która udziela schronienia jemu i jego rannemu przyjacielowi. Na pierwszy rzut oka dziewczyna wydaje się być zwyczajna i niegroźna. Jednak w miarę odkrywania tajemnic wokół niej, Lucas nie jest już niczego pewny. Kiedy nagle zagląda w lufę pistoletu dzierżonego w jej dłoni, jest już pewien, że Chelsea nie jest zwyczajną dziewczyną. Czy to ona postrzeliła jego przyjaciela? Kto telefonuje do niej po nocach? Akcja książki w zaskakujący sposób przenosi się z Chicago i małego miasteczka Crystal City, aż do Meksyku. Brawurowa ucieczka plażą na wybrzeże oraz motorówką przed uzbrojonymi zabójcami, rzuca naszych bohaterów na jakąś – bliżej nieokreśloną – wyspę. Kim tak naprawdę jest Chelsea? Jaka jest jej rola we wszystkim, co właśnie spotkało Luke’a? Czy uda im się rozwiązać wszystkie tajemnice? Czy będzie stać ich oboje na szczerość? Na te i inne pytania odpowie dynamiczna akcja powieści “Goniąc cienie”.

  Nie jestem wielką fanką kryminałów (pomijając ogromną miłość, którą żywię do Sherlocka Holmesa będącego ideałem samym w sobie), w mojej biblioteczce nie uświadczycie ich zbyt wiele, ale w chwilach weny biorę jakiś do ręki i zaczytuję się w nim z przyjemnością. O ile, oczywiście, jest porządnie napisany. Tak więc skusiłam na książkę Marty Bilewicz, wzięłam udział w akcji Podaj dalej, czyli książka w podróży organizowanej na blogu Sylwii. Udało mi się i tym oto sposobem książka wylądowała u mnie, a akcja przeniosła się na mojego bloga.

Początki z Goniąc cienie nie należały do najlepszych. Ot, zaczęło się interesująco i tak też się zapowiadało w dalszej kolejności, ale... Prędko zaczął przeszkadzać mi styl autorki. Dialogi były po prostu nienaturalne, nikt w realnym życiu tak nie mówi. No, może mojemu poloniście zdarzy się w czasie lekcji. Powiecie: No okej, ale to jest książka, nie prawdziwe życie. Odpowiem zatem krótko i na temat: akcja książki toczy się we współczesnych nam czasach i prawdziwych miejscach, a więc oczekuje się, że wszystko będzie przypominało to, co znamy z codziennego życia.

A co jeszcze można znać z życia codziennego? Ludzi. Ludzie też nie do końca się pani Marcie udali. Na przykład główny bohater, Luke, jest wręcz do bólu idealny. No mówię Wam, lepszego na tym świecie nie znajdziecie; przystojny, inteligentny, wszyscy go wychwalają, niemalże wielbią, szczęścia ma tyle w życiu, że może się w nim utopić pół miasta. Dlatego też niejednokrotnie zwracano się do niego po prostu Lucky. Pozostali bohaterowie także nie zachwycili: a to żyją cnotliwie, zgodnie i tak dalej, a to znowu są niegrzeczni do granic możliwości. 

 Podczas czytania miałam wrażenie, że grafomania stale walczy o lepsze z całkiem porządnymi fragmentami. Otóż sama intryga była zajmująca, po drodze dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy, których z pewnością nie uczą w szkole. A i warto dodać, że pani Bilewicz znakomicie orientuje się w zagranicznych terenach. Opisane barwnie, szczegółowo, można odnieść wrażenie, że w każdym tym miejscu była i przeżyła tam niejedną przygodę jak postacie z jej książki. W pewnym stopniu rekompensowało to pozostałe braki, motywowało do dalszego czytania.

 Książka ta zebrała wiele pozytywnych opinii, co, prawdę powiedziawszy, mocno mnie zdumiało. Nie była najgorsza, co to to nie, ale też i na takie peany nie zasługuje, przynajmniej moim skromnym zdaniem. Być może to właśnie wartka akcja i interesujące miejsca tak zachwyciły czytelników, nie mam pojęcia. Sama mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że ta powieść nie zwala z nóg, nie sprawia, że człowiek na kolanach błaga o więcej, a po skończeniu nie wie, co zrobić ze swoim życiem, ale też nie zasługuje na skrajnie negatywną opinię. Osobiście pozostaję do niej ustosunkowana całkiem neutralnie. 

Goniąc cienie nie jest literaturą najwyższych lotów, ale też nie jest najgorsza. 
Nie polecam i nie odradzam. Decyzję, jak zwykle, pozostawiam Wam. 
A nuż Was urzeknie lub zniechęci do twórczości Marty Bilewicz?

Książka bierze udział w akcji Podaj dalej, czyli książka w podróży.

czwartek, 11 grudnia 2014

Prezentujemy...

 Jak święta, to na bogato! Prezenty robić swoim bliskim, sobie, a nawet dla bloga sprezentować logo... Sęk w tym, że dla mnie "takie rzeczy" to wyższy poziom czarnej magii (prawie jak matematyka), więc trzeba było zwrócić się do kogoś o pomoc. Z ową pomocą przyszła mi Sonia Wiśniewska, pisarka i grafik w jednej osobie.
<klik>
  Z tego też miejsca kolejny raz pragnę podziękować autorce za fantastyczne logo ♥ 

Ale w czym rzecz? O co chodzi?
Ano jako dziewczyna, nie mogę się na nic zdecydować, bo wersje kolorystyczne są 3. I w tym momencie do akcji wkraczacie Wy: zostawiacie w komentarzu swój głos na tę wersję, która Waszym zdaniem powinna reprezentować Drugą Nibylandię.
Przy okazji, kompletnie spontanicznie, postanowiłam, że z osób, które zagłosowały, wylosuję jednego szczęśliwca i podaruję mu książkę J. Piekary pt. Szubienicznik. Falsum et verum :)
Tak więc do dzieła!


1.

2.
3.

Regulamin:
1. Organizatorem akcji jest autorka Drugiej Nibylandii.
2. Głosowanie trwa do 17.12.2014r.
3. Jedna osoba może oddać jeden głos, wpisując w komentarzu numer bądź kolor logo, które uważa za najatrakcyjniejsze. Proszę także o podanie swojego maila (oraz imienia, jeżeli komentuje się anonimowo), by w razie wygranej móc skontaktować się ze zwycięzcą. (jeśli wygrany w ciągu 3 dni nie poda mi danych do wysyłki, zostanie wylosowana kolejna osoba)
4. Byłoby wskazane polubić mój fanpage lub dodać blog do obserwowanych, aby nie przegapić ogłoszenia wyników.
5. Ogłoszenie wyników nastąpi do 3 dni od zakończenia głosowania.
7. Książkę wysyłam tylko na terenie Polski.
8. Zastrzegam sobie możliwość zmiany regulaminu akcji.

Jestem pewna, że autorce wyżej zaprezentowanych grafik byłoby bardzo miło, gdybyście polubili także jej stronę na facebooku, gdzie znajdzie inne świetne prace, które wykonała: Mój Świat Wyobraźni ~Sonia Wiśniewska =)

PS Wasze opinie na temat logo jak najbardziej mile widziane! :))

wtorek, 9 grudnia 2014

115. "Zapiski nosorożca" - Łukasz Orbitowski


Opis: Republika Południowej Afryki. Dzikość przyrody, ruchliwe ulice wielkich miast i bezdroża w głębi kraju. Turystyczna rzeczywistość zderzona z brawurowo zreinterpretowanym światem afrykańskich mitów. 
Każda podróż jest darem. Podróż w mentalność tak odległą jest darem szczególnym. Co otrzymaliśmy? Opowieść o jednym z najbardziej fascynujących krajów świata czy szczere wyznanie pisarza, że nie wyjaśni nam Afryki? Ascetyczny dziennik podróży? A może zmysłową, na wpół baśniową włóczęgę przez świat magii i archetypów Czarnego Lądu? Jedno jest pewne: Orbitowski w "Zapiskach Nosorożca" mówi o Afryce w sposób, w jaki nie zrobił tego nikt do tej pory.

 Każda podróż niesie ze sobą nowe, niebywałe doświadczenia, jeśli tylko jesteśmy wystarczająco otwarci na otaczający nas świat. Dla jednych dobra wycieczka to wycieczka pełna przygód, innym wystarczą piękne widoki. A jeszcze inni chłoną wszystko nie wzrokiem, a sercem i duszą. O tym właśnie opowiadają Zapiski nosorożca - o przeżywaniu miejsc, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, kultur i spotkanych ludzi.

 Nie jestem fanką książek podróżniczych, nigdy do mnie nie przemawiały. Chwile, gdy jednak postanawiam sięgnąć po coś takiego, bywają naprawdę sporadyczne. Tym razem uczyniłam to tylko i wyłącznie ze względu na nazwisko autora, który w sposób niezwykły opowiada o rzeczach zwykłych (patrz: Szczęśliwa ziemia). Tym razem także mnie nie zawiódł, choć przecież nie zafundował swoim czytelnikom powieści fabularnej, pełnych grozy przygód w sercu RPA. Naj(nie)zwyczajniej w świecie opisał swój pobyt tym odległym zakątku świata. Przemówił do mojej wyobraźni i duszy. Wbrew pozorom nie jest to łatwe.

 Nie byłam pewna, czego się spodziewać, ale już początek pokazał, że należy oczekiwać czegoś, co najmniej, dobrego. Otóż autor zachował równowagę pomiędzy właściwym dla naszych rodaków narzekaniem, a zachwytem. Mówił, jak było i co przeżył. Czarny Ląd coś w nim zmienił, ale... Co? I co ta książka zmieniła we mnie? Mam nadzieję, że to właśnie pytanie będziecie zadawać sobie po jej skończeniu. Że z ciężkim sercem odłożycie Zapiski nosorożca, po czym pogrążycie się w zadumie.

 Do teraz zastanawiam się, jak Orbitowski połączył spierdalanie króla Juliana przez las przed Juliami, które koniecznie chcą, by je wyruchał, aby zaszły z nim w ciążę (pisownia oryginalna, wulgaryzmy nie wypływają z pokrętnych pragnień mojej duszy) czy opis małpek, które robią sobie orgię i do upadłego ruchają jedną samicę, która potem przez tydzień jest padnięta z niesamowitymi afrykańskimi legendami i własnymi przemyśleniami na temat kontrastów zwiedzanego zakątka świata. Pan Łukasz to jeden z tych nielicznych pisarzy, którzy z powodzeniem mieszają niecenzuralne słowa i życiowe mądrości, a wciąż efekt pozostaje naturalny.

 Wspomniałam o afrykańskich legendach. Zostały one przetłumaczone przez autora w sposób dosyć swobodny, co zdecydowanie dodaje im atrakcyjności, przy tym nie zatracając płynącego z nich przesłania, które może być pouczeniem także dla białego człowieka. [na myśli mam przepaść kulturową, nie jestem rasistką] Były one naprawdę fantastycznym dodatkiem, tak samo jak wkładka ze zdjęciami, których było mi zdecydowanie mało. Otóż to, jedyny mankament książki to brak większej ilości fotografii! Poza tym nie miała ona żadnych wad. Czytało się szybko, przyjemnie, przerywając na chwile refleksji.

Zapiski nosorożca to książka dla ludzi, którzy nie boją się starcia wrażliwości duszy z brutalną rzeczywistością.
Którzy gładko przełkną wulgarne słowa, by móc rozkoszować się opisami (niekoniecznie dzikiej) Afryki.
Którzy pragną czegoś, co skłoni ich do myślenia i nie będzie tylko pustym czytadłem, które natychmiast po zakończeniu uleci z pamięci.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN!


Moja ocena: 9/10 (wybitna)

niedziela, 30 listopada 2014

114. "Niemoralna gra" - Jolanta Kosowska


Opis: Konrad, nauczyciel etyki zawodowej na jednej z medycznych uczelni, dyżuruje za kolegę w studenckim telefonie zaufania. Jedna przerwana w pół słowa rozmowa zmienia nieoczekiwanie jego dotychczasowe życie. Odnalezienie rozmówczyni staje się jego jedynym celem, wypełnia dni, spędza sen z powiek, pochłania całą energię. Zaczyna się wyścig z czasem. Życie nabiera tempa. Dni pędzą jak oszalałe. Wydarzenie goni wydarzenie. Wszystko wymyka się spod kontroli. Nic już nie układa się w logiczną całość... Konrad niepostrzeżenie daje się wciągnąć w zastawioną na niego pułapkę...

 Pamiętacie, jak zachwycałam się poprzednią książką pani Jolanty Kosowskiej pt. Déjà vu? Jeśli nie, to odsyłam do recenzji: klik. W każdym razie otrzymała ona ocenę 10/10, a ja byłam nią zwyczajnie oczarowana. I wciąż jestem. Dlatego też ucieszyłam się niezmiernie, gdy dostałam informację od autorki, że będzie kolejna powieść nawiązująca do historii Marka i Ani. Potem jednak zaczęłam zastanawiać się, co też tu jeszcze można wymyślić. Przecież ich historia się skończyła... Czy to nie będzie pisanie na siłę? Ale kiedy już trzymałam powieść w rękach, widziałam jej piękną okładkę, gdy zagłębiłam się w pierwsze strony...

 ...wiedziałam, że pani Kosowska kolejny raz mnie nie zawiedzie. Że znowu pisze od serca, dla siebie samej i czytelników, a nie dla pieniędzy czy innych drugorzędnych wartości. Kolejny raz poczułam, że włożyła w powieść całe swoje serce i duszę, że dzieli się z czytelnikami cząstką siebie. Za to właśnie panią Jolantę uwielbiam: nie dość, że pisze naprawdę piękne, porywające historie, to jeszcze w sposób, który obecnie jest coraz rzadziej spotykany, czyli miłość, przyjaźń, zaufanie oraz zwyczajna, ludzka dobroć są na pierwszym miejscu. Co wcale nie znaczy, że nie znajdziemy tu fałszu, nienawiści, niezobowiązującego seksu i tym podobnych. Sęk w tym, że to wszystko ma swoje miejsce. W książce i w życiu.

 O Konradzie, głównym bohaterze Niemoralnej Gry, była także mowa w Déjà vu. Nie pasował on do tamtej pięknej historii miłosnej. Owszem, szukał miłości, ale robił to w sposób niewłaściwy.: dopasowywał się do swojej ukochanej, udawał kogoś, kim nie był, a kiedy pierwszy ogień się wypalał, porzucał ukochaną. I to z nim właśnie mamy do czynienia teraz. Do czasu, kiedy jeden telefon zmienia wszystko. Oddaje się sprawie odnalezienia potencjalnej samobójczyni, poświęca temu całego siebie, swój czas, a nawet stawia na szali swoją karierę.

 Zarówno Konrad, jak i wszystkie poboczne postacie sprawiają wrażenie prawdziwych. Są wykreowani z nieprawdopodobnym talentem, zrozumieniem ludzkiej psychiki. Każdy ma swoje bolączki, sekrety, grzeszki i grzechy. Ponadto wielu z nich jest postaciami dynamicznymi, zmieniają się w miarę rozwijania fabuły i pędu akcji. A akcja pędzi na złamanie karku. Dosłownie. Ponadto zwroty akcji wprawiają czytelnika  w osłupienie, zmuszają do zastanawiania się: kto? dlaczego? kiedy? jak? Łamałam sobie głowę nad rozwiązaniem zagadki razem z Konradem. Cóż, nieprzewidywalność świata stworzonego przez autorkę nie pozwoliła nam na zbyt prędkie zrozumienie pewnych rzeczy. Na szczęście. Bo co to za książka, która już w połowie pozwala na przejrzenie sprawcy?

 Ostatecznie otrzymałam historię przepełnioną wartką akcją, z przemyślaną fabułą, gdzie nic nie jest ani białe, ani czarne, a za to możemy odnaleźć wiele odcieni szarości. Zapewniam, że będziecie się świetnie bawić przy Niemoralnej Grze, jeśli tylko pozwolicie ponieść się gorączce Konrada, zżyjecie się z nim i jego emocjami. Ponadto zakończenie mocno Was zaskoczy, choć... Zabrakło mi w nim wielkiego BUM! Owszem, było naprawdę dobre, ale... nie miało tego czegoś, a co znalazło się w zakończeniu Déjà vu. No i wielki plus za to, że pani Jolanta uczy się na błędach, nawet tych drobnych: tym razem autorka nie zaserwowała nam nieco przydługich opisów. Wszystko było w sam raz!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Novae Res oraz Autorce!

Moja ocena: 9/10 (wybitna)

środa, 26 listopada 2014

Podaj dalej, czyli książka w podróży - "Goniąc cienie"

Lucas Scarlett prowadzi agencję detektywistyczną w Chicago. W trakcie śledztwa, w jednej z akcji, poznaje tajemniczą Chelsea, która udziela schronienia jemu i jego rannemu przyjacielowi. Na pierwszy rzut oka dziewczyna wydaje się być zwyczajna i niegroźna. Jednak w miarę odkrywania tajemnic wokół niej, Lucas nie jest już niczego pewny. Kiedy nagle zagląda w lufę pistoletu dzierżonego w jej dłoni, jest już pewien, że Chelsea nie jest zwyczajną dziewczyną. Czy to ona postrzeliła jego przyjaciela? Kto telefonuje do niej po nocach? Akcja książki w zaskakujący sposób przenosi się z Chicago i małego miasteczka Crystal City, aż do Meksyku. Brawurowa ucieczka plażą na wybrzeże oraz motorówką przed uzbrojonymi zabójcami, rzuca naszych bohaterów na jakąś – bliżej nieokreśloną – wyspę. Kim tak naprawdę jest Chelsea? Jaka jest jej rola we wszystkim, co właśnie spotkało Luke’a? Czy uda im się rozwiązać wszystkie tajemnice? Czy będzie stać ich oboje na szczerość? Na te i inne pytania odpowie dynamiczna akcja powieści “Goniąc cienie”.


Taka oto świetna akcja wpadła mi w oko, postanowiłam wziąć udział, no i... Udało się! Bo czyż podawanie książki dalej po jej przeczytaniu nie jest znakomitym pomysłem? Jak dla mnie jest to coś godnego uwagi i warto włożyć w tę zabawę trochę serca, tak więc zapraszam zarówno recenzencką brać, jak i wszystkich tych, którzy bloga nie mają, ale powieść chcą przeczytać i zrecenzować. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie ♥
PS Będą święta, więc szykuje się też dużo wolnego czasu na czytanie! ;)


Regulamin. 

1. Osoba, która otrzyma książkę zostanie wylosowana. 
2. Czas na przeczytanie książki: 3 tygodnie( można przedłużyć do miesiąca jeśli zostanie to  uzgodnione)
3. Konieczność napisania emaila - sylatyla@interia.pl, aby potwierdzić odebranie przesyłki. 
4. Zrobić sobie zdjęcie z książką ( wysłać emailem)
5. Należy na stronie tytułowej napisać coś dla autorki książki (mogą to być spostrzeżenia o lekturze- max kilka zdań)
6. Po przeczytaniu trzeba napisać recenzję książki (jeżeli nie masz bloga możesz umieścić ją na różnych portalach itp.)
7. Osoba posiadająca książkę organizuje tę akcję u siebie, a następnie przekazuje  książkę innym, którzy potwierdzają u mnie odbiór przesyłki. 
8. WPIS dotyczący akcji musi zawierać nazwę oraz link do mojego bloga( tzn.informacja o tym, że akcja pochodzi z mojego bloga)
9. Aby móc wziąć udział w losowaniu należy :
- wyrazić w komentarzu chęć udziału w akcji( Zgłaszam się itp.)
- podać  email
10. Zgłaszać można się do 17.12.2014r.
11. Wyniki losowania zostaną podane do 3 dni od zakończenia zgłoszeń.


Na zdjęciu, co prawda, nie ma mnie, sądzę jednak, że Koniś i Miś reszta danych utajniona, żeby nikt nie próbował ich podkupić są wystarczająco przystojni i uroczy, by godnie reprezentować nie tylko Drugą Nibylandię, ale też i jakąkolwiek książkę :D 

A na dniach będziecie mogli przeczytać moją recenzję Goniąc cienie!

poniedziałek, 24 listopada 2014

113. "Marsjanin" - Andy Weir


Opis: Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze!

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

Realizowany na podstawie tej książki film reżyseruje Ridley Scott, a główną rolę gra Matt Damon.

 Nie jestem wielką fanką sci-fi, jak dotąd konsekwentnie stroniłam od tego typu literatury, ale... Kiedyś przecież musi być ten pierwszy raz. Tak więc stwierdziłam, że zrecenzuję Marsjanina, żeby przekonać się, czy interesujący opis przełoży się na ciekawą treść. A przede wszystkim, czy ktoś wreszcie zdoła namówić mnie do polubienia kolejnego gatunku literackiego, który nie jest fantastyką lub powieścią historyczną.

"Venkat, powiedz cżłonkom komisji, że swoje polowanie na czarownice muszą przeprowadzić bez mojego udziału. (...) A także, proszę, powiedz im, każdemu z osobna, że ich matki to prostytutki.
- Watney
PS Ich siostry też.

 Już sama okładka przemówiła do mnie prostotą, a zarazem wymownością nawiązującą do treści: kosmonauta spowity czerwonym pyłem, dryfujący samotnie gdzieś w kosmosie - perfekcyjnie oddaje klimat książki. Jednak powszechnie wiadomym jest, że to nie ładna okładka zapewnia sukces książce. Tak więc z naprawdę dużą dozą ciekawości zabrałam się za czytanie i... Już po pierwszych stronach wiedziałam, że nie będę się nudzić, a powieść pochłonę z przyjemnością. Mimo iż niemal na każdej stronie serwowano mi tony fachowych obliczeń i danych technicznych...

Ja: Znalazłem problem i go rozwiązałem.
NASA: Kutas.

...którym wypada poświęcić osobny akapit. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu: wszystko, co zostało w Marsjaninie opisane, mogłoby wydarzyć się naprawdę. Mamy do czynienia bardziej z
powieścią science fact niż science fiction. Autor w wieku piętnastu lat został zatrudniony jako programista, interesuje się fizyką relatywistyczną oraz mechaniką orbitalną. Wie wszystko o historii lotów kosmicznych. Gdyby nie te informacje zamieszczone na tylnej okładce, pomyślałabym, że sam pracuje w NASA - jego wiedza oraz umiejętność przekazywania skomplikowanych obliczeń i danych tak, by zrozumieli to kompletni laicy, jest godna podziwu. Zatem nie stresujcie się, że zostaniecie zarzuceni masą niezrozumiałych informacji. Owszem, spotkacie się z fizyką, chemią, matematyką, botaniką, ale podanymi w przystępnej formie. I znacznie ciekawszymi niż w szkole. Przecież na lekcjach nikt nas nie uczył, jak radzić sobie, gdy jest się jedynym mieszkańcem obcej planety...

Nie mogę się doczekać, aż będę miał wnuki. "Kiedy byłem w waszym wieku, musiałem wejść na krawędź krateru. W skafandrze EVA! Na Marsie, małe gnojki! Słyszycie? Marsie!"

 To wszystko brzmi bardzo poważnie, prawda? Przyznaję, że sama oczekiwałam od książki nieco
nadętego, naukowego stylu. I obawiałam się go, bo wiedziałam, że coś takiego będzie trudno czytać. Wyobraźcie więc sobie moje zdumienie i ulgę, kiedy okazało się, że główny bohater wcale nie jest naukowcem-bufonem z NASA, a naukowcem-luzakiem, który mógłby być naszym ulubionym sąsiadem. Wiecie, takim sąsiadem, który lubi wypady na Marsa, który zostaje tam całkowicie sam, z resztkami żywności, a mimo to nie traci hartu ducha i optymizmu. Nie zdradzę Wam, czy owy sąsiad z Czerwonej Planety powróci, bo byłby to okrutny spoiler, ale podzielę się dobrą radą: przeczytajcie tę książkę!

Jeśli mógłbym wybrać jedną rzecz, byłoby to radio, przez które spytałbym NASA o bezpieczną drogę w dół rampy. No dobra, gdybym mógł mieć cokolwiek, to byłaby to zielonoskóra, ale piękna Królowa Marsa, która uratowałaby mnie, by uczyć się czegoś, co Ziemianie nazywają sztuką miłości.

 Przeczytajcie koniecznie, bo dostarcza wielu emocjonujących momentów i nie nudzi ani razu przez całe 381 stron. Tymczasem mogłoby się wydawać, że pisanie o jakimś biedaku, co został sam wśród czerwonego piachu i upiornego mrozu może powiewać monotematycznością, prawda? Nic bardziej mylnego. Ani główny bohater, Mark Watney, ani goście z NASA nie pozwolą nam się nudzić. Nagłe zwroty akcji zaskakiwały i naprzemiennie wlewały w serce czytelnika nadzieję na uratowanie Watneya oraz ją odbierały. Autor miał świetny pomysł i przelał go na strony powieści w sposób wręcz perfekcyjny. 

Marsjanina polecam każdemu, kto oczekuje powieści przemyślanej, dopieszczonej w każdym calu, a tym samym emocjonującej i porywającej! Takiej, która nie jest pustym czytadłem na jeden wieczór, która wymaga od czytelnika myślenia.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Akurat!

Moja ocena: 9/10 (wybitna)

poniedziałek, 17 listopada 2014

112. Przedpremierowo:"Chłopcy 3. Zguba" - Jakub Ćwiek


PREMIERA: 19 listopada 2014r.

Opis: „Gdzie są moi Chłopcy?!”

Krótkie wakacje Dzwoneczka nieomal kończą się tragedią. Gdy wróżka budzi się po wielomiesięcznej śpiączce, odkrywa, że całe życie, jakie znała, to tylko twór podświadomości, a prawda jest… zupełnie inna. Jaką rolę w intrydze odgrywa Cień i sam Piotruś Pan? I gdzie podziali się Chłopcy? Za odpowiedzi na te pytania Dzwoneczek będzie musiała zapłacić wysoką cenę. O ile w ogóle zdąży je poznać…

Zguba to książka, przy której Czytelnik będzie miał poczucie, że opuścił stary, poczciwy lunapark i właśnie pędzi Skrótem na złamanie karku. Świat Chłopców 3 jest bezwzględny i brudny (tak jak bezwzględna i brudna bywa dorosłość), a jednocześnie niebywale pociągający. Najlepsza część bestsellerowego cyklu!

Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. Dlaczego? No to przecież oczywiste! Bo to JAKUB ĆWIEK. Bo to CHŁOPCY 3! A Chłopcy łączą w sobie to, co kocham najbardziej: powieści fantastyczne i motocykle. Dodając do tego moją niegasnącą miłość do autora, otrzymujemy zestaw idealny. 

 Po zakończeniu części drugiej żyłam w przekonaniu, że część trzecia będzie częścią ostatnią. Na szczęście grubo się pomyliłam i chwała za to autorowi! Ćwiek od razu rusza z piskiem opon. Czerwonego Ducati Dzwoneczka, oczywiście. Przy czym nie zwalnia ani na chwilę, pędząc na złamanie karku. Porywa przy tym czytelników w świat Piotrusia Pana, gdzie owy Piotruś z dziecięcą niewinnością wszczyna rozróbę za rozróbą, nie zsiadając z motocykla. Kiedyś towarzystwa dotrzymywali mu Zagubieni Chłopcy. Teraz są to Zagubieni Chłopcy w skórzanych kombinezonach i na stalowych rumakach.

 Jakub Ćwiek po mistrzowsku używa niewinnych wątków z poprzednich tomów, by uczynić z nich obuch, który ogłuszy czytelnika. Zaskoczy i sparaliżuje, a przy tym sprawi, że czytający jeszcze szybciej zacznie przewracać kartki, by dotrzeć do końca. By przekonać się co jak gdzie i kiedy. A przede wszystkim... dlaczego? Jednocześnie czytelnik, kiedy dostrzeże, jak niewiele stron zostało do końca, poczuje rozczarowanie. Każda dobra historia kończy się zbyt wcześnie. Tak właśnie jest w tym przypadku.

 Tradycyjnie nie zabrakło przekleństw. No bo co to za Ćwiek bez soczystej, podwórkowej łaciny? Jednakże kolejny raz wykazał się niebywałym talentem pisarskim, sprawiając, że wulgaryzmy nie raziły, a wręcz przeciwnie: bez nich nic nie byłoby takie samo. Brzydkie słowa w świecie Dzwoneczka, Stalówki, Milczka, Kruszyny, Bliźniaków, Kędziora i... Pana Proppera okazały się niezbędne. Tak jak niezbędna okazała się pomoc pewnego kota z czerwonym krawacikiem. Należy przy tym dodać, że koci punkt widzenia autor oddaje znakomicie za każdym razem.

 I choć nie zabrakło brzydkich słów, nie zabrakło wartkiej akcji i fantastycznej, intrygującej oraz trzymającej w napięciu fabuły, to... Chłopcy 3 nie byli tacy sami jak poprzedni. Dopadł ich upiór dojrzałości. Wyraźnie czuć, że tym razem nie jest śmiesznie i wesoło. Jest ponuro i smutno, choć nadzieja przebija się przez chmury, a cięty dowcip wciąż bawi. Czytelnik dorasta wraz z bohaterami, zżywa się z nimi i zrasta emocjonalnie. Tak było w moim przypadku. I dlatego właśnie nie mogę doczekać się kolejnej powieści z tego cyklu. Chcę wrócić do Drugiej Nibylandii (od której nota bene nazwę wziął mój blog) i żyć z dziecięcą beztroską pośród magicznego gangu motocyklowego. Tak po prostu i od serca.

Chłopcy. Zguba to powieść przeznaczona zarówno dla fanów Ćwieka i poprzednich tomów cyklu, jak i dla wszystkich osób, które pragną doświadczyć czegoś niesamowitego. Po lekturze tych książek nic nie będzie takie samo. Nawet... koty. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN!

Moja ocena: 10/10 (arcydzieło)

sobota, 1 listopada 2014

111. "Bóg, honor, trucizna" - Robert Foryś


Opis: Nade wszystko pragną władzy. Gotowe są za nią zapłacić złotem, krwią, a nawet swoim ciałem. Wiedzą, że rządzą nie koronowane głowy, lecz szyje, które tymi głowami kręcą.
Gambit hetmański opowiada o rozgrywce między kobietami. Mężczyźni są tylko figurami rozstawianymi na szachownicy. Cztery diabelnie inteligentne, bezwzględne i zdeterminowane w dążeniu do celu kobiety ponad trzysta lat temu rozegrały miedzy sobą partię – stawką była korona największego mocarstwa ówczesnej Europy, Rzeczypospolitej.

Rok 1671, Francja. Marysieńka Sobieska spotyka się z kardynałem de Bonzim, ministrem spraw zagranicznych Ludwika XIV i jednocześnie jej „oficerem prowadzącym”. Żona hetmana wielkiego koronnego jest francuskim szpiegiem i prowadzi w Polsce operację mającą na celu detronizację Michała Korybuta Wiśniowieckiego…

 Bóg, honor, trucizna nie mogło mnie nie zainteresować. No przecież jest polska historia, są intrygi, wojenki w tle, znane nam z lekcji historii postacie, a i wydawnictwo dobre. Więc nic, tylko czytać! Ale czy aby na pewno? Przyznaję, że kiedy przeczytałam opis i nazwisko autora, przeżyłam wielką chwilę zwątpienia. Otóż Foryś już kiedyś powieść historyczną napisał [recenzja] i była ona pozbawiona jakichkolwiek zalet intelektualnych. Zasłużyła na recenzję zjadliwą, na ocenę niewysoką. A jak było z tą książką? Było...

Chciwość to cecha, na którą zawsze można liczyć.

 Zaskakująco! Co prawda do pierwszych stron podchodziłam ostrożnie, oczekując nagonki na polską kulturę i nieustannego seksu, ale, ku chwale autora, nic takiego nie było. Zostałam zaskoczona kawałem naprawdę dobrej powieści. Co prawda opierała się na faktach historycznych i bez nich nie byłoby tej książki, ale one jakoś ginęły w fabule. Nie wybijały się na pierwszy plan jak w czytanych wcześniej Lisowczykach [recenzja], zabrakło też tej pięknej staropolszczyzny, ale nie narzekam. Po tym, co Robert Foryś zafundował mi poprzednim razem i tak byłam oczarowana.
Trzech spiskowców może bez trudu dochować tajemnicy tylko wtedy, gdy dwóch z nich nie żyje (...)
 Opis mówi o czterech kobietach. Jeno których, ja się pytam? Bo tam praktycznie każda osobniczka płci żeńskiej okazywała się wyrachowanym tworem dworskim, który manipulował mężczyznami, dążąc do zaspokojenia swoich politycznych ambicji. I tak oto żona Sobieskiego, sławetna Marysieńka, której chyba żaden polski autor nie opisał pochlebnie, jest... hm... Najlepiej zacytować Piekarę: francuską murwą. Fałszywa, żądna władzy i bogactw tak bardzo, że zaprzeda własne ciało mimo wielkiej miłości do swego męża. Z kolei służąca przyszłej królowej, Charlotta, jest fantastycznie wykreowaną postacią. Pokuszę się o stwierdzenie, że lepszej w powieści nie znajdziemy. Autor stworzył pełny portret psychologiczny tejże kobiety, od czasu do czasu podążając ku granicy zgorszenia. Ale nie oczekujmy po ówczesnych Francuzach przyzwoitości. Żona i matka Michała Korybuta Wiśniowieckiego także są bardzo dobrze wykreowane. Pierwsza z nich, Eleonora, jest zimna i dumna, ale pod tą piękną lodową fasadą skrywają się gorące uczucia. Znowuż Gryzelda to typowa wilczyca, która zrobi wszystko, by chronić swe szczenię. Nie pałam do niej sympatią, ale wzbudza mimowolny szacunek. Odnośnie samego Korybuta... Szkoda słów. Maminsynek i pantoflarz, chimeryczny homoseksualista, niezdolny do rządzenia krajem.

Jesteś tym, kim widzą cię inni. Odbiciem ich własnych lęków i nadziei.

 Fabuła sama w sobie nie jest zła, wręcz przeciwnie: wzbudza w czytelniku zainteresowanie i nie pozwala odłożyć książki na bok, póki nie poznamy dalszych losów jej bohaterów. Także od strony kulturalno-intelektualnej nie można powieści nic zarzucić: autor nieźle oddał niezrozumienie cudzoziemców w stosunku do polskiej wolności szlacheckiej, wielkie dumę i honor polskich panów braci, których postronni nie pojmowali. Foryś nie potraktował też czytelnika, jak wcześniej, niczym idiotę, który nie pragnie czytać niczego prócz kiepskich opisów seksu. Za to wielki plus.

Bóg, honor, trucizna to pozycja, którą mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, kto szuka chwili zapomnienia w jesienny wieczór.
Nie zawiedziecie się i sądzę, że - jak ja - będzie czekać na kolejne części.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwarte!


Moja ocena: 7/10 (bardzo dobra)

sobota, 25 października 2014

110. "Lisowczycy" - Antoni Ferdynand Ossendowski



Opis: Lisowczycy - tak nazywano oddziały niezrównanej kawalerii sformowanej na początku XVII wieku przez Aleksandra Józefa Lisowskiego. Na lekkich koniach, uzbrojeni tylko w krzywe szable i rohatyny, łuki lub rusznice, byli wówczas najlepszą lekką jazdą, jaką znał ówczesny świat. Walczyli od Francji, Rosji po Włochy i Finlandię, siejąc grozę i zniszczenie.

Szeregi lisowczyków zasiliło trzech żądnych przygód i sławy młodziaków. Niepokorne serca Marcina Lisa i kuzynów wyrywały się do walki. Poznały bowiem zuchwałość tych "krwawych psów" Lisowskiego, przed którymi drżały najmężniejsze serca ówczesnej Europy, zwartej w śmiertelnym uścisku wojen. 
Gdy przyszedł czas na służbę Rzeczpospolitej, z podniesionym czołem stanęli u boku syna króla Zygmunta III - królewicza Władysława - który ruszył na Moskwę po tron carski. Ich szlaki znaczyły ruiny i zgliszcza miast. Choć za rozbój i gwałt groziła śmierć, pozostawieni bez należnej im zapłaty sami wypłacali sobie żołd, niosąc za sobą śmierć i łzy. 
Czarna legenda lisowczyków inspirowała mistrzów pędzla, takich jak Juliusz Kossak czy Józef Brandt, i pióra - jak Antoni Ferdynand Ossendowski. Autor stworzył powieść z niezwykle sugestywnymi postaciami ludzi dumnych, wolnych, okrutnych i szaleńczo odważnych. Jednocześnie zręcznie poprowadził przez jakże ważną część polskiej historii.

 Lisowczycy to książka, którą absolutnie MUSIAŁAM mieć. Kocham polską historię, a o słynnych szeregach straceńców miałam już okazję poczytać przy okazji lektury drugiej części Krwawej jutrzni [recenzja] Wollnego. Co prawda przedstawił ich jako zgraję szubrawców niemalże bezprawnie tytułujących się żołnierzami, z których więcej szkody niż pożytku, ale... Zaintrygowała mnie ta formacja. Była zupełnym przeciwieństwem tak uwielbionej przeze mnie husarii, a przecież należała do polskiego wojska. Tak więc nie oparłam się mojemu wewnętrznemu patriocie i zaczęłam czytać.

"Dulce et decorum es pro patria mori!" *
*słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę!

 Pierwsze, co zwróciło moją uwagę to piękna, archaiczna polszczyzna z łacińskimi wtrąceniami po drodze. Oczywiście, dla czytelników przygotowano przypisy z tłumaczeniem. Wiadomym jest także, że w takim przypadku pierwsze strony idą jak po grudzie, ale kiedy już przyzwyczaimy się do takiego stylu, powieść pochłania się w błyskawicznym tempie. Nie może być inaczej, gdy mamy do czynienia z porywającą i zapierającą dech w piersiach akcją, prawda?

"Zgliszcza, zwaliska, pola stratowane, trupy, krew i łzy, takie będą ślady moje! Poniosę chorągwie polskie i okrzyki nasze bitewne tam, gdzie ino zwierz dziki i ptak przelotny siedzibę mają!"

 Zaskoczeniem było dla mnie to, jak Ossendowski przedstawił tytułowych lisowczyków. Otóż okazało się, że w istocie rzeczy byli oni szlachcicami, którzy postawili na karierę wojskową pod wodzą niesławnego Aleksandra Lisowskiego (od którego nazwiska ich przezwano), właściwie regularnym wojskiem, w którym trzymano taką samą dyscyplinę jak w każdej innej formacji tego typu. Różnili się tylko tym, że posyłano ich do brudnej roboty, której nie podjąłby się nikt inny. Palili i grabili, jeśli tego właśnie od nich wymagano. Sami zabierali sobie żołd. To burzliwe dzieje Polski i śmierć hetmana Lisowskiego, po której do oddziałów straceńców dołączyła hołota wyjęta spod prawa, naznaczyła ich piętnem banitów i infamisów.

"Najsroższego zwierzęcia zrozumiesz naturę, białogłowie czort w sercu, drugi wlazł za skórę!"

 Od strony historycznej powieść jest nad wyraz rzetelna. Autor wspomniał w niej również o rodzie Ossendowskich, z którego sam pochodził, a który miał wiele z niepokornymi wojakami wspólnego. Ale... Nie można przecież zapomnieć o drugiej, fabularnej, stronie medalu! Czyli o głównym bohaterze - Marcinie Lisie. Poznajemy go jako młodego chłopaka, który rwie się do bitki i towarzyszymy mu niemalże przed 10 długich lat życia, podczas których zmienia się w szanowanego dowódcę własnego regimentu. Dowódcę, który podjął się chyba najbardziej samobójczej misji w czasie wojen o tron moskiewski. Zwiedził krainy, na których przed nim nie stanęła polska noga. Czy ostatecznie wrócił do kraju? Tego musicie już dowiedzieć się sami!

"Wdzięczności nie czekam, bo o nią u nas trudno! Nie potrzebuję jej... obym tylko serce miał ukojone myślą, że dla Rzeczpospolitej znój mego życia oddaję..."

 Poznajemy też samego hetmana Chodkiewicza zaprzyjaźnionego z Lisowskim, a nawet i króla Zygmunta Wazę. Śledząc poczynania dwóch pierwszych mężczyzn, ich rozterki, obawy, ale też niebywały patriotyzm oraz iście straceńcza odwagę, widzimy, gdzie na przestrzeni wieków popełniono błędy. Wiemy, dlaczego dzisiaj Polacy drżą przed Rosjanami, choć setki lat temu to oni drżeli przed nami. Ba, błagali nas, by królewicz Władysław został ich carem. Ambicja i małostkowość jednego króla skazała cały kraj na lata wojen i upadek. O tym nie mówi się w szkołach. O wielu wydarzeniach z historii Polski na lekcjach się nie wspomina. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale jest to smutne i prowadzi do nieświadomości młodych ludzi w kwestii własnej przeszłości...

Lisowczyków POLECAM KAŻDEMU!
Są obowiązkową pozycją dla fanów historii, wartkiej akcji, wojaczki, patriotyzmu, a także dla ludzi, którzy chcą poznać losy swojej ojczyzny od tej barwnej i szalenie interesującej strony.
Nie lubię tej książki. Ja ją kocham!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.
(wielkie owacje dla Wydawnictwa za cudowną okładkę ♥)

Moja ocena: 9/10 (wybitna)

wtorek, 14 października 2014

109. Przedpremierowo: "Powietrzny Korsarz" - Piotr Wałkówski


PREMIERA: październik 2014r.

Opis: „Powietrzny Korsarz” to książka powstała z fascynacji jej autora cyklem „Temeraire”, który wyszedł spod pióra Naomi Novik, amerykańskiej pisarki polskiego pochodzenia.
Europa czasów metternichowskich. Smok Temeraire wraz z niezwykłą istotą, półsmokiem Nestorem, wyruszają w niepowtarzalną podróż po świecie. Niezwykły splot losów zaprowadzi ich na ziemię dawnej Rzeczypospolitej, gdzie wezmą udział w walkach o wyzwolenie polskich i litewskich ziem spod rosyjskiego jarzma. Czy im się to uda? Jak potoczą się losy dzielnych korsarzy?
„Powietrzny Korsarz” to obowiązkowa pozycja zarówno dla sympatyków prozy Naomi Novik, jak i wszystkich fanów fantastyki.

 Do czynienia ze smoczym cyklem Naomi Novik nie miałam, ale z chęcią sięgnęłam po Powietrznego Korsarza  - od czasów Eragona mam ogromną słabość do smoków, a książka, która łączy w sobie bujną historię Polski i Rosji oraz te wyrośnięte jaszczury, musiała mnie zainteresować. Nie ma innej opcji. No i do tego wyszła spod pióra polskiego autora, czy mogło być lepiej?

 Już pierwsze strony pokazały, że mogło i nie mogło jednocześnie. O czym mówię? O dosyć paradoksalnym przypadku: autor z miejsca zaskakuje naprawdę porządnym, dopracowanym stylem pisania (nie ma żadnej debiutanckiej grafomanii), ale... Nie można wciągnąć się w historię. Przynajmniej ja nie mogłam; dopiero przeczytawszy grubo ponad połowę, powieść wciągnęła mnie bez reszty i zaparła mi dech w piersiach. Do tego czasu była po prostu dobrze napisana.

 Fabuła nieustannie... rozłaziła się. Nie potrafię tego inaczej ująć. Niby była, ale jakby jej nie było i postacie swobodnie sobie dryfowały przez kolejne rozdziały. Dlatego też czytałam, w sumie nie mając pojęcia, po co czytam. Było to dosyć nieprzyjemne doświadczenie, ale kiedy już przebrnęłam przez tę nieszczęsną część, było tylko lepiej. Powietrzny Korasarz porwał mnie swym dynamizmem oraz celem, który w końcu jasno się przede mną zarysował. Powietrzne walki oszałamiały, okrucieństwo Rosjan wywoływało złość, a odwaga Francuzów zaskoczenie. (każdy z nas zna dowcipy o Francji i białej fladze)

 Główne postacie tak naprawdę były dwie: nastoletni półsmok Nestor oraz nieprzeciętnie inteligentny pełnej krwi smok Temeraire. Generalnie lubię obie postacie, choć żadna nie była bez wad. Nestor jednym razem był rozbrykanym dzieckiem, innym znowu razem przywdziewał skórę poważnego kapitana. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że był chimeryczny. Temeraire jest dosyć patetycznym bohaterem. Jego intelekt, jego krasomówstwo, jego perfekcyjność, szlachetność... Trochę przytłaczają czytelnika. Nie wiem, na ile jest to wymysł autora, a na ile Naoimi Novik.

 Tak samo jak nie wiem, ile tego fantastycznego świata wymyślił Piotr Wałkówski, a ile ww. autorka. Czy wszystkie wymienione w powieści smoki były jego pomysłem, czy jej. W każdym razie mogę z całą pewnością stwierdzić, że był to świat doskonale wykreowany, barwny, szczegółowy, przepełniony jednocześnie honorem i skrajnie odbiegającą od niego bezmyślną okrutnością. Warto przeczytać książkę chociażby po to, by poznać wszystkie te niesamowite smocze rasy i ich historię.

Powietrznego Korsarza polecam przede wszystkim fanom tradycyjnej fantastyki, gdzie zło jest czarne, dobro białe, a przyjaźń trwa aż po grób. Oczywiście każda inna osoba także znajdzie tutaj coś dla siebie.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Novae Res!

Moja ocena: 7/10 (bardzo dobra)

piątek, 10 października 2014

108. "Antykiler 2" - Danił Korecki


Opis: 2. tom bestsellerowego cyklu powieściowego o przestępczej Rosji lat 90.

"Życie ludzkie nie było, nie jest i nie będzie w Rosji w cenie"

                                                                                       Wiktor Bater

W przestępczym świecie Tichodońska wybucha brutalna wojna o strefy wpływów. Niezależny, głęboko zakonspirowany gang coraz dobitniej zaznacza swoją obecność. Do miasta przybywa grupa czeczeńskich terrorystów z zamiarem dokonania zamachu  na oficerów służb specjalnych. Wydział karny poszukuje sprawcy podwójnego morderstwa. Oddział do wykonywania wyroków śmierci otrzymuje rozkaz niezgodny z prawem… W centrum tych wydarzeń znajduje się podpułkownik milicji, Korieniew, zwany Lisem. Dzięki swoim niezwykłym zdolnościom, przebiegłości, odwadze i… swobodnym traktowaniu prawa będzie próbował przeciąć węzeł gordyjski zbrodni.

 Antykilera pokochałam od pierwszej strony i na myśl,że będzie kolejna część, nie posiadałam się z radości. Na szczęście długo na nią czekać nie musiałam. Nie dawało mi tylko spokoju, co też autor wymyśli i czy nie będzie to ciągnięcie serii na siłę, bo przecież jedynka nie miała otwartego zakończenia i nie bardzo można było coś do niej podpiąć. Jednak dla Koreckiego nie był to żaden problem i część druga okazała się...

...fantastyczna! Tak samo jak i poprzednie przygody podpułkownika Lisa. Nigdy nie uważałam się za wielką fankę jakichkolwiek kryminałów, jednakże teraz jestem zmuszona zweryfikować swoje poglądy: kocham Korieniewa! Należy do grona tych świetnie wykreowanych postaci, które, w imię wyższego dobra, czasami przekraczają granicę zła. Bezpardonowo zwalcza przestępców, z właściwym sobie sprytem i charyzmą porywającymi czytelnika aż do ostatniej strony. Skoro już o bohaterach Antykilera 2 mowa: po lekturze części pierwszej znacznie łatwiej rozeznać się w sytuacji i ogarnąć kto, z kim, gdzie i dlaczego. Oczywiście dochodzą do tego nowe postacie, dodając pieprzu już i tak ostro doprawionej historii.

 Jak to u Koreckiego bywa, mamy nadzwyczaj realistyczne opisy więziennych realiów, ale czy ktokolwiek mógłby podejrzewać, że nie mniej brutalnie wygląda sytuacja  w kobiecym więzieniu? Włos jeży się na głowie, gdy czytamy opisy naprawdę okrutnych poczynań ze świadomością, że mają one miejsce również w realnym życiu rosyjskich więźniarek. Autor zna przestępczy świat na wylot i nie boi się dzielić tą wiedzą ze swoimi czytelnikami. To właśnie ta autentyczność porywa jego fanów. W tym mnie.

 Ale czym najbardziej uwiódł mnie Korecki? Czym prócz fantastycznego Lisa, szaro-szarego świata, gdzie dobro nie jest dobre, a zło jest gorsze? Właśnie ww. realnością. Typową, słowiańską brutalnością. Cynizmem. Jest tak i tak, a my, słowiańscy pisarze, walimy o tym prosto z mostu i nie przejmujemy się niczym. Amerykańscy czy inni autorzy, nawet najlepsi, nie napiszą TAKIEJ książki w TAKI sposób, bo to nie ich mentalność. Korecki jest jak Sapkowski czy Piekara: z prawdziwą maestrią balansuje na granicy zła i dobra, kontrowersji, a nawet perwersji. I chwała mu za to!

Antykilera 2 polecam wszystkim fanom mocnych wrażeń, którzy nie boją się poznać prawdziwego oblicza świata czającego się tuż za ścianą naszego przytulnego domku...

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Feeria!

Moja ocena: 8/10 (rewelacyjna)

poniedziałek, 6 października 2014

107. Histerycznie, czyli... "Magazyn Histeria"!



Histeria to miejsce dla każdego, kto lubi straszyć i być straszonym. Boimy się wielu rzeczy, ale jak mówi S. King: „najstraszniejsze potwory czają się w naszych głowach”. Jeżeli pewnego dnia okaże się, że na tronie polskiej grozy zasiądzie osoba, która swoją drogę po koronę rozpoczęła na naszych łamach, poczujemy się spełnieni i oddamy jej hołd.
(fragment opisu)

 Nie lubię horrorów. (nieszczególnie optymistyczny wstęp przy recenzji magazynu z opowiadaniami grozy, co?) Dlatego, gdy zaproponowano mi recenzowanie Histerii, wahałam się. Nie byłam pewna, czy podołam zadaniu. Ostatecznie, z sercem pełnym obaw, ale i ciekawości, podjęłam się tego wyzwania. I wiecie co? Cieszę się, że to zrobiłam. Za jednym zamachem stały się dwa cudy: pokonałam strach oraz stałam się fanką ww. magazynu.

 W środku znajdziemy 10 opowiadań. Nazwiska autorów pewnie nie będą Wam znane, jak znane nie były i mnie, ale nie dziwcie się: w Histerii może znaleźć się tekst każdego z nas. (wystarczy kliknąć TU i zapoznać się z wytycznymi dla piszących) Z miejsca zaznaczam, że większość tekstów okazała się zaskakująco dobra, a przecież niełatwo zawrzeć na 5 - 15 stronach interesującą, wzbudzającą strach historię. Histerycznym autorom udało się tego dokonać. Oczywiście, jedne teksty były lepsze, drugie gorsze, jednak tak jest nawet w zbiorach opowiadań znanych i lubianych pisarzy. Wspomnę jednakże tylko o tych, które wywołały we mnie szczególne emocje.

Ciuch-Ciuch-Ciuch - opowiadanie otwierające magazyn. Czasy II WŚ, pociąg, skrzyneczka na wino, dym, który to wszystko zrobił, wagony gęsto wyściełane trupem, napięcie i proste, choć dobre zakończenie. Spodobało mi się i zdecydowanie zachęciło do dalszego czytania. Przy tym uświadomiło mi, że takich rzeczy nie czyta się przed snem, bo później człowiek miewa koszmary...

Czarna wódka - zapowiadało się nieźle, intrygujący pomysł, ale... Do teraz nie mam pojęcia, co autor chciał czytelnikowi przekazać. Czyżby coś mi umknęło? Chyba największe rozczarowanie numeru.

Mali powstańcy - nie wiedzieć czemu mój ulubiony tekst. Liczy zaledwie 5 stron, ale... Zawiera wszystko, co lubię i jeszcze więcej. Wojna, dzieci biorące udział w powstaniu i zły pan, który... Ciii! Sami sobie przeczytajcie! W każdym razie jest emocjonalnie, na wysokim poziomie, z klasą.

Metamorphosis - jeden z moich ulubionych tekstów. Trzeba przeczytać, by pojąć jego fenomen, mogę jednak powiedzieć, że autor tekstu miał naprawdę niebagatelny pomysł, odwagę, by pisać o rzeczach kontrowersyjnych, a także, że zrobił to naprawdę świetnie.

Oratorium - mogę opisać je jednym słowem: genialne. Fenomenalna myśl przekształcona w równie fenomenalny tekst. Z polotem, z dowcipem, zgrabnie i na temat. Po czymś takim bez wahania sięgnęłabym po książkę autora. No i.. Uważajcie, czego słuchacie. Jeszcze przyjdzie Wam do głowy kogoś zabić.

Zapisane - naprawdę interesująca tematyka, całkiem dobrze ujęta w opowiadanko. Mianowicie: średniowieczne tortury, palenie wiedźm na stosach, orgie z diabłem, upiór i diabelnie przystojny duch. Trochę żałuję, że nie jest to dłuższa historia, a jedynie jej zarys. Byłby z tego wyśmienity długi tekst.

Histerię polecam i fanom horroru, i takim strachliwym ludzikom jak ja. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Jest prymitywnie, jest inteligentnie... Jest różnie, ale na pewno bardzo dobrze!
Z pewnością przeczytam kolejny numer.

Za możliwość recenzowania magazynu dziękuję jego redakcji!

poniedziałek, 29 września 2014

106. "Ogniste skrzydła" - Karolina Wojtaszek


Opis: Viktoria to normalna dziewczyna, która nie wie, że żyje w dwóch wymiarach. W każdym z nich ma swojego obrońcę. W codziennym życiu przyjaciel, po drugiej stronie wojownik. Obaj pragną ją chronić ponad wszystko. Jednak świat obu wymiarów stanął na krawędzi zagłady i tylko ona może pomóc. Czy sprosta tak olbrzymiemu zadaniu, a może będzie musiała drogo zapłacić za swoją niewiedzę? Niestety, nikt nie wie, co tak naprawdę ją czeka.

Jak sobie poradzi z nową sytuacją? Czy przeżyje? Czy będzie w stanie tak się poświęcić?

 W Ognistych Skrzydłach urzekła mnie i zaintrygowała przede wszystkim okładka. Wiadomo, pierwsze, co rzuca się Czytelnikowi w oczy to właśnie wygląd książki. Nie czarujmy się. Spojrzałam na opis... Też ciekawy, w moim guście. A i autorka polska (słabości do polskich pisarzy nigdy nie ukrywałam). Tak więc cóż robić, jak nie czytać? Tym oto sposobem dostałam własny egzemplarz z imienną dedykacją. Który prędko przestał mnie cieszyć...

 Dlaczego? Ano dlatego, że już pierwsze strony jasno pokazały, iż szczyt dobrego stylu i klasy to to nie będzie. Ale nie ocenia się książki po prologu... Więc brnęłam dalej. I im dalej brnęłam, tym bardziej żałowałam, że wzięłam sobie na barki czytanie tego. Nie chodzi nawet o sam styl pisania. Od debiutanta, zwłaszcza młodego, nie wymaga się polotu, braku zgrzytów etc. Po prostu nie oczekuje się cudów, ale jakiegoś poziomu już tak. Sęk w tym, że tutaj poziomu nie ma żadnego. Aż korci, by powiedzieć: TO jest poniżej poziomu. Jednak tego nie powiem, bo i zalety były. Choć dopatrzenie się ich wymaga sporej dawki dobrej woli.

 Ostatecznie, już na początku, zniechęciła mnie scena, gdy nasza przecudowna, przewyjątkowa, przeuwielbiana i w ogóle taka przezaje...fajna Viktoria poszła na przystanek, a ludzie się na nią dziwnie patrzyli, bo, UWAGA!, miała na sobie SKÓRZANĄ KURTKĘ! Szał roku normalnie... W końcu skórzane spodnie są już bardziej rozpowszechnione, a prawdziwą kurtkę ze skóry nieczęsto się widuje. Absurd? Tak. Zwłaszcza kiedy napisano go tak ułomnie jak w tej książce. Będąc przy absurdach i idąc za ciosem: Roger (jeden z chłopaków zakochanych w Viktorii) jest taki cudowny i umięśniony. Ideał mężczyzny. Bo jest umięśniony. Tak to w powieści zabrzmiało. A za chęć pomocy przyjaciółce zlatuje się cała starszyzna czy coś tam i wytacza ci proces. Bo otworzyłeś drzwi i krzyknąłeś. Zgroza w najgorszym stylu... 

 Jak nietrudno wywnioskować z powyższego akapitu, głównej bohaterki nie lubię. Niby studentka, a miałam wrażenie, że rzecz o niedorozwiniętej emocjonalnie i intelektualnie dziewczynie. To samo tyczy się pozostałych postaci. Dziecinne, sklecone naprędce. Tylko przyjaciel Viki, Mateusz, przypadł mi do gustu, ale i jego autorka umiejętnie zepsuła. W tej książce zepsute jest właściwie wszystko, co było do zepsucia. Nawet korekta leży. Tylko okładka jakoś się trzyma. Ogniste skrzydła to chyba jedyna książka, przy której czytaniu wyrwało mi się parę niecenzuralnych słów i druga, podczas czytania której w pewnym momencie zwyczajnie zaczęłam przerzucać po parę stron, by zorientować się, co jest dalej.

 Miały być i zalety. Właściwie jest tylko jedna: chińska mitologia. Wielki plus za jej znajomość, bo jest niecodziennym pomysłem na powieść. No i właściwie na mitologii/pomyśle wszystko, co dobre, się kończy. 

Ognistych skrzydeł nie odradzam, bo wiem, że niektórzy je lubią, ale też nie polecam. Decyzję, jak zwykle, pozostawiam Wam. 
A nuż ktoś zechce po tej recenzji przekonać się, czy faktycznie są tak okropne?

Moja ocena: 1/10 (beznadziejna)